Polcon 2016 na dwa głosy

Autor: Agata 'Aninreh' Włodarczyk, Wojciech Karwecki
Korekta: Redakcja
3 września 2016

Fantaści w Europejskiej Stolicy Kultury – Polcon 2016

Agata 'Aninreh' Włodarczyk

Pięć dni – tyle właśnie trwał tegoroczny Polcon, który odbył się między 18 i 22 sierpnia we Wrocławiu, noszącym w 2016 tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. I jako taki stanowił część programu artystycznego i kulturalnego przygotowanego przez miasto, mającego promować w ramach Unii Europejskiej polską kulturę artystyczną. A żeby tego było mało, Polconowi w tym roku European Science Fiction Society (ESFS) przyznało również miano Eurokonferencji.

Wrocław, Hala Stulecia. Fot. Wojciech Karwecki

Polcon 2016 odbył się w Hali Stulecia oraz przyległym centrum konferencyjnym, w którym zresztą odbywała się większość paneli. To duży, żeby nie powiedzieć ogromny obiekt położony mniej więcej dwadzieścia minut jazdy tramwajem od dworca kolejowego. Do dyspozycji konwent posiadał 8 mniejszych sal panelowych, główną aulę, na której odbyła się między innymi gala wręczenia nagrody im. Janusza A. Zajdla, a także jedną, przedzieloną kotarą na dwie części aulę przeznaczoną na sferę NiuCon. Jak podają organizatorzy konwent odwiedziło ponad 4500 osób (licząc do końca niedzieli), swoje stoiska rozłożyło około 60 wystawców, a samą imprezę obecnością zaszczyciło 70 gości tak krajowych, jak i zagranicznych. Nad przebiegiem konwentu czuwało 200 organizatorów, gżdaczy oraz służby porządkowej. W programie znalazło się ponad 400 atrakcji, a na sali z planszówkami rozegrano 26 gier planszowych, a także 10 bitewnych oraz figurkowych. Wypożyczono 2000 gier, w które uczestnicy mogli grać do zamknięcia Hali Stulecia (czyli do drugiej w nocy). A w tym roku laureat Nagrody im. Janusza A. Zajdla był tylko jeden – Robert Wegner ponownie zgarnął obie statuetki.

Podwójny laureat Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2015. Fot. Wojciech Karwecki

Program Polconu – Eurokonferencji 2016

Muszę się do czegoś przyznać – patologicznie wręcz chodzę na panele, co bywa doświadczeniem albo cudownym, albo niezwykle bolesnym. Na konwentach z atrakcjami bywa różnie – wszystko zależy od zgłaszających, choć ostatnimi czasy organizatorzy starają się zapewnić sobie jakąś dozę informacji dotyczących zgłaszających, prosząc o podanie wcześniejszych doświadczeń z prowadzeniem wykładów czy seminariów. Ale nie tylko przygotowanie całego panelu nastręcza problemów, podobnie ma się kwestia moderacji paneli z pisarzami (część nie chce mówić w ogóle, części trzeba by wyrwać mikrofon, a jeszcze inni doskonale radzą sobie bez niego). Jeśli chodzi o te ostatnie, to niełatwo również utrzymać uczestników panelu przy temacie – a widownia potrafi w tej kwestii być wybitnie niewspółpracująca. Oczywiście, czasem to, w którą stronę potoczy się rozmowa bywa lepsze niż wcześniej założono. Tak więc – prowadzenie atrakcji nie jest proste. Ale to na pewno ciekawe doświadczenie, niezależnie od tego, po której stronie stołu się siedzi.

Jedna z literackich sal panelowych. Fot. Wojciech Karwecki

A jak to wypadło na Polconie AD 2016? Całkiem nieźle – przynajmniej sądząc po tych punktach atrakcji, które miałam okazję odwiedzić. Panele były rzeczowe i to niezależnie od tego, czy chodziło o analizę sportowych anime vs rzeczywistość czy o przezabawny poradnik, jak być damą w dobie apokalipsy (i do czego wykorzystać pilnik albo rajstopy). Pierwszy rzut oka na program pokaże, że był skondensowany i pełen nie tylko paneli, ale również spotkań i dyskusji pisarzy oraz pisarek, specjalistów w naprawdę szerokiej gamie dziedzin. W strefie NiuCon odbyły się także warsztaty z rysunku, można było skonsultować swoje prace, obejrzeć japońskie reklamy (a to zawsze coś innego, wierzcie mi), podyskutować o "shipowaniu" (lecz dlaczego panel o fan fiction wylądował w strefie mangowej, pozostaje dla mnie niejasne). W salach poświęconych literaturze pojawiały się dyskusje zahaczające także o filozofię, o człowieka jako istoty we wszechświecie, na ziemi. Jak i o miejscu erotyki w fantastyce polskiej, a także jej przyszłości – bardzo żałuję, że ta dyskusja trwała tylko godzinę i nie można było wziąć w niej aktywnego udziału, ale na głównej auli było to naprawdę trudne (chyba, że się dobrze krzyczało). Podobnie miało miejsce z rozmowami o motywach religijnych w literaturze, na które nie dotarł jeden z widniejących w programie pisarzy i chyba dobrze się stało. Ale nie tylko – wiele innych dyskusji wciągało, było treściwymi i pełnymi celnych spostrzeżeń oraz refleksji.

Goście Eurokonferencji 2016. Od lewej: Ian Watson, Cristina Macia, David J. Lally, Volodymyr Arenev, Sergii Paltsun. Fot. Agata Włodarczyk

Ale były też rozmowy, które powodowały przynajmniej moje zgrzytanie zębów – średnie przygotowanie prowadzącego przy panelu o wyznacznikach steampunku czy męskie rozmowy o tym, co myślą i czują kobiety (naprawdę, badania, badaniami, ale jak już się schodzi na takie tematy to wypadałoby nie mówić za kobiety, skoro tyle ich siedziało na widowni), a także zupełne pominięcie w dyskusjach o nauce w science fiction nauk innych niż techniczne (antropologiczne science fiction Ursuli Le Guin pokazuje nam, że możemy spokojnie wyjść poza mechanikę i fizykę w rozważaniach nad literaturą SF). W całkiem zgrabnym i interesującym programie brakowało jednej, niezwykle istotnej kwestii – paneli w języku angielskim. Tegoroczny Polcon był w końcu Eurokonferencją, miał ściągnąć (i ściągnął) gości z innych krajów, którzy chcieliby zapewne uczestniczyć w czymś więcej niż tylko jedzeniu oraz piciu piwa. Dyskusji i spotkań anglojęzycznych pojawiło się za mało – a to naprawdę szkoda. Na jednym z pierwszych, czwartkowych paneli David J. Lally, wieloletni prezes ESFS-u, gość Polconu, opowiadając o europejskim fandomie podkreślał, że wychodząca poza granice własnego kraju turystyka konwentowa jest wspaniałym doświadczeniem – ponieważ można poznać innych ludzi, inne spojrzenia na literaturę. Oczywiście, większość Euroconów, o których właśnie była to opinia, w przeważającej części jest prowadzona w języku miejscowym, ale nie wszystkie, część przygotowana zostaje specjalnie dla oczekiwanych gości. Polcon się tutaj nie postarał.

Jeśli jesteśmy już przy programie, to chciałabym zaznaczyć jeszcze jedną sprawę – bardzo cieszy, że w czasie konwentu można było obejrzeć Batmana: Zabójczy żart (choć jego seans wyznaczony na pierwszy dzień, rano, okazał się zabójczy dla osób jadących z drugiego końca kraju). Ale to nie wszystko, w programie pojawiło się również wyświetlanie choćby fanowskiego projektu filmowego – jeśli ktoś chciał, mógł się zatem udać na seans. Byłoby fantastycznie, gdyby organizatorzy konwentów częściej przygotowywali podobne punkty programu – niekoniecznie musiałyby wyglądać tak, jak to było choćby na gdańskich Teleportach, gdzie do oglądania dedykowano całą salę – ale na pewno kilka filmów miałoby powodzenie. Kto wie, może czas, aby jakiś konwent porozumiał się z miejscowym DKF-em?

 

Panel poświęcony Steampunkowi. Fot. Agata Włodarczyk

Nieobecności

Teraz pozwolę sobie chwilę pomarudzić. Otóż – Polcon, wielki konwent związany z fantastyką, skoncentrowany bardziej na literaturze, ale wciąż otwarty również na inne teksty kultury, takie jak seriale, filmy czy mangę i anime. Powinno być inkluzywnie, szeroko, a przede wszystkim powinny pojawić się też dość flagowe dla fantastyki zagadnienia. Tyle, że nie do końca tak się stało.

W związku z rebootem Gwiezdnych Wojen czy Star Treka, wokół których narosło wiele kontrowersji, spodziewałam się nawet całego poświęconego nim bloku. A nie było prawie nic, może poza przedstawicielami Legionu 501 czy Rebel Alliance z naprawdę fajnym stoiskiem (przejęli też na moment Zajdle!). Oczywiście, możecie powiedzieć, że konwent jest tym, co zgłoszą osoby chcące prowadzić atrakcje, ale to nie do końca jest już prawdą – w końcu organizatorzy mogą sami aktywnie poszukać kogoś, kto przyjechałby poprowadzić prelekcję. Trochę szkoda, że tutaj nie zadziałali. To nie chodzi nawet o to, żeby faworyzować te dwie franczyzy, a raczej o to, że mówimy jednak o dwóch niezwykle wpływowych tekstach kultury, kultowych na tyle, że nawiązania do nich pojawiają się średnio w co trzecim serialu czy powieści popularnej.

Jeszcze jednego brakowało na tegorocznym Polconie – pokazów. Szermierki, sztuk walki, łucznictwa, walki na miecze – wszystkiego tego, co wiąże się z mniej naukową, a bardziej imaginacyjną częścią literatury fantastycznej. Nie można powiedzieć, że na terenie Hali Stulecia nie byłoby na to przestrzeni, ponieważ była, wymagałaby tylko przearanżowania czy sprytnego wydzielenia.

Polconowi towarzyszło powstawanie muralu inspirowanego twórczością Stanisława Lema. Fot. Wojciech Karwecki

Nagroda im. Janusza A. Zajdla

Zajdel – najważniejszy chyba punkt Polconów, czyli przyznanie nagrody fandomu polskiego książce lub opowiadaniu, które w przeprowadzanym w dwóch etapach głosowaniu uzyskały najwięcej głosów. Sprawozdawca komisji liczącej głosy podał, że w tym roku wzrosła liczna głosujących o trochę ponad 100 głosów w porównaniu z zeszłym rokiem, wciąż jednak nie przekroczyła 500. Gala odbyła się w głównej auli, mogącej pomieścić wszystkich zainteresowanych. Prowadzili ją Aleksandra Godek oraz Jakub Ćwiek, występami artystycznymi zaś uświetniła Alicja Cyganik oraz sekcja taneczna RubiRin Śląskiego Klubu Fantastyki. Cała gala była… poprawna, treściwa, krótka i z ponowną niespodzianką w postaci podwójnego zwycięstwa Roberta Wegnera. Niespodziewanym i naprawdę fajnym przytupem było pojawienie się przedstawicieli First Order, z odpowiednią, towarzyszącą im muzyką. Jest też coś przezabawnego w tym, że to oni właśnie wręczali Zajdlowe statuetki zwycięzcy.

Występ Sekcji RubiRin ŚKFu w czasie Gali Zajdlowej. Fot. Wojciech Karwecki

Co do przebiegu samej gali można mieć właściwie tylko jedno pytanie – po co wybierać Kubę Ćwieka jako prowadzącego i kazać mu czytać z kartki? Pewnie – liczby, daty, cytaty (trochę średnio ten fragment wyszedł w zasadzie) lepiej mieć zapisane, żeby się nie pomylić, ale w pozostałych przypadkach na tak krótkiej gali można było jednak zostawić obojgu prowadzącym trochę przestrzeni do improwizacji, nawiązania relacji z widownią, tak jak to miało miejsce na samym początku przy wdrażaniu sygnałów wzywania pomocy medycznej.

Polcon 2016 – był i minął

Słowem podsumowania – to był dobry konwent. Oczywiście miał swoje wpadki większe i mniejsze, problemy z ułożeniem planu, późnym powiadamianiem (jeśli w ogóle) prelegentów, że ich atrakcje zostały przyjęte i tak dalej. Ogólnie było po prostu fajnie – miłe wspomnienia zostały, trudno jednak mówić o jakimś fenomenalnym sukcesie/porażce czy zapadaniu w pamięć na zawsze.

Jedna z wystaw towarzyszących Polconowi. Fot. Wojciech Karwecki


Relacja z Polconu 2016

Wojciech Karwecki
 

Odbywający się w tym roku we Wrocławiu Polcon trwał aż pięć dni. Przez kompleks Hali Stulecia przewinęło się około 4500 zwiedzających. Mogli oni zwiedzać stoiska 60 wystawców, uczestniczyć w jednym z 400 punktów programu, spotkać któregoś z 70 zaproszonych gości lub wypożyczyć grę planszową wybraną spośród 2000 pozostałych.

Bogaty program

Liczby jednak nie oddadzą pełnego obrazu wydarzenia. A było ono, mówiąc krótko, dość nierówne. Zaczynając od pozytywów, na pewno należałoby wspomnieć bogaty i dobrze wyważony program. Z radością mogę stwierdzić, że chyba nie było prelekcji, na którą miałbym problem z dostaniem się. A sale wcale nie świeciły pustkami, miejsca często było po prostu w sam raz. Mogliśmy wysłuchać prelekcji o żołnierzach przyszłości, obejrzeć wraz z komentarzem przykładowe występy naszych cosplayerów Kairi i Zela, czy dać się wprowadzić w uniwersum Wolsunga. Bardzo przypadła mi do gustu prelekcja na temat nietypowych superbohaterów komiksowych, autorem której był Joachim z kanału YouTube o nazwie Szafa z Komiksami.

Dwugodzinny panel z Andrzejem Sapkowskim. Fot. Wojciech Karwecki

Naturalnie nie mogło zabraknąć esencji Polconu, czyli spotkań z pisarzami. Na korytarzach Hali bardzo często można było spotkać np. Jakuba Ćwieka, Jacka Inglota lub Marcina Przybyłka. Fani twórczości Andrzeja Sapkowskiego na pewno cieszyli się na spotkanie z nim. O samym kontrowersyjnym przebiegu panelu zapewne słyszeliście, lecz po nim odbyła się również sesja autografowa dla licznie zgromadzonych wielbicieli sagi o Wiedźminie czy Trylogii Husyckiej. Każdemu fanowi pisarz poświęcił chwilę uwagi oraz podpis. Warto wspomnieć, że sam Polcon został uroczyście otwarty koncertem orkiestry symfonicznej, wykonującej najpopularniejsze utwory muzyki filmowej. Nie zabrakło wśród nich i mojego ukochanego Władcy Pierścieni, a zaś fani Gwiezdnych Wojen i Johna Williamsa musieli być ukontentowani, gdyż tematów z tej właśnie sagi było najwięcej. Widowisko ubarwili cosplayerzy z Legionu 501 oraz Rebel Alliance. Klimat tego wieczoru był iście niezapomniany. Podobnym smaczkiem był przedpremierowy pokaz animacji studia DC pod tytułem Batman: Zabójczy Żart. Warto było w tym uczestniczyć i jako fan Marka Hamilla w roli Jokera oraz świetnej historii Alana Moore’a, byłem i wciąż jestem bardzo zadowolony. Wisienką na torcie dobrego programu była niespodziewana wizyta Michaela Linga z Lucasfilm, który opowiedział o swojej pracy w Disneyu oraz przy najnowszych Gwiezdnych Wojnach.

Niewątpliwie, poza bogatym programem, sporą atrakcją Polconu okazał się być festiwal food trucków. Podobnie jak ogródki piwne na zeszłorocznym Pyrkonie, tak i stoliki przy food truckach stały się epicentrum życia towarzyskiego Polconu. Trzeba przyznać, że wystawcy gastronomiczni odwalali kawał dobrej roboty, uwijając się w sporym upale. Na jedzenie czasem trzeba było dłużej poczekać, lecz zwykle było warto. Ceny, jak to często bywa, do „studenckich” niestety nie należały, ale taki jest urok gastronomii imprez masowych. Ciężarówek było na tyle dużo, że dało się co dzień jeść różne specjały, a i tak człowiek nie spróbował nawet dziesiątej części serwowanych przysmaków.

Planszówkownia. Fot. Wojciech Karwecki

Również gamesroom w tym roku był spory, na tyle że zawsze dało się w nim spokojnie znaleźć miejsce by pograć w ulubione tytuły. W obszarze stolików do planszówek rozstawili się wystawcy związani z tą właśnie branżą.

Cosplay

Po terenie konwentu przechadzali się, jak zawsze, cosplayerzy. Najwięcej przebranych osób spotkać można było w piątek, gdy odbywał się konkurs cosplay, oraz w sobotę. Podobnie jak w roku ubiegłym, poziom strojów był mocno urozmaicony, ale dało się zauważyć co najmniej kilkanaście prawdziwych perełek. Część z nich o godzinie 19 występowała na scenie teatru Impart we wspomnianym konkursie. Jury w osobach Kairi, Hybrydy oraz Senixa oceniało uczestników. A tych było stosunkowo mało – poniżej dwudziestki. Jurorzy mieli ciężki orzech do zgryzienia, mnie samemu podobało się co najmniej kilka prezentacji oraz strojów i miałbym problem z przyznaniem nagród. Główna z nich powędrowała ostatecznie do artysty o pseudonimie Bardok Cosplay, wcielającego się w robiącego duże wrażenie krasnoluda z Samotnej Góry (Hobbit).

Cosplay. Fot. Wojciech Karwecki

Muszę przyznać, że poziom organizacji samego konkursu był jak najbardziej dobry. Wszystko przebiegało sprawnie, zaś nagłośnienie, jak i oświetlenie nie zawiodło w żadnym momencie. Niestety trzeba tu odnotować bardzo poważny zgrzyt. Konkurs odbywał się w teatrze oddalonym o dobre 10 minut jazdy tramwajem od terenu imprezy. Również przez dłuższy czas nikt nie był w stanie udzielić informacji odnośnie dokładnej lokacji i czasu rozgrywania zawodów. Dopiero po godzinie 12 w piątek zostały rozwieszone w Hali Stulecia zwykłe wydrukowane kartki z zapisem godziny i adresu, pod który należało się udać. Przez taki błąd wielu ludzi nie dotarło na tak istotny punkt programu, który zwykle wypełnia sale po brzegi. Ta była na Polconie zapełniona mniej więcej w połowie. Organizatorzy, zapytani przeze mnie o przeniesienie konkursu poza teren imprezy, argumentowali ten fakt brakiem odpowiednich warunków w auli centrum konferencyjnego Hali Stulecia. Rozumiem ten argument, jednak nadal uważam, że dało się i należało znaleźć inne rozwiązanie. Myślę, że twórcy kolejnych edycji konwentu powinni wyciągnąć jakąś nauczkę i nie powielać błędu decentralizacji atrakcji programowych.

Błędy organizacji

Innym bolesnym zgrzytem były braki informacji i organizacji. Zdarzało się, że na terenie Polconu pojawiały się osoby nie mające na wierzchu akredytacji i nikt ich nie zatrzymywał. Również sprzeczne informacje i kiepskie oznakowanie niektórych sal wołały o poprawę. Obecność pracownika Lucasfilm, tak przecież prestiżowa dla Polconu, przeszła właściwie bez echa, a została ogłoszona bardzo późno, bo dosłownie w piątkowy wieczór, gdy sama prelekcja Michaela Linga miała miejsce w sobotę o godzinie 10. To symbol niewykorzystanego potencjału wrocławskiej imprezy.

Polconowy cosplay w wersji nie-konkursowej. Fot. Wojciech Karwecki

Kiepskim pomysłem okazało się rozmieszczenie koło siebie dwóch sal prelekcyjnych strefy NiuCon i przedzielenie ich kotarą, która zbyt mało tłumiła dźwięk i prelegenci sobie nawzajem przeszkadzali.

Uważam, że wydłużenie imprezy do aż pięciu dni nie wyszło Polconowi na dobre. Tak naprawdę główne i najciekawsze punkty programu miały miejsce od czwartku wieczorem do niedzieli. Mógłby z tego powstać bardzo interesujący i skondensowany program na trzy dni, a w zamian otrzymaliśmy konwent, na którym w poniedziałek nie było już zbyt wiele do oglądania i decyzja o wydłużeniu Polconu okazała się nie mieć podstaw w postaci wystarczającej ilości ciekawych punktów programu. To dobry moment, w którym organizatorzy przyszłych edycji powinni poważnie pomyśleć nad formułą znaną z San Diego Comic-Con, gdzie w środę po południu i w nocy trwają różne pokazy specjalne, może to być też dobry czas dla mediów. Moment na wszelkie konferencje prasowe i spokojne rozmowy w kuluarach oraz ostatnie chwile przygotowań na przyjęcie konwentowiczów. W dalszej kolejności w czwartek otwierano by konwent, piątek i sobota byłyby kluczowymi dniami, zaś w niedzielę odbyłoby się zakończenie. I już. Poniedziałek jest tu zbędny.

Podsumowanie

Podsumowując, pomimo faktycznych wad Polconu, bawiłem się na imprezie dobrze, bo był to dobry konwent. Jeśli chodzi zaś o prelekcje i punkty programu – otrzymałem nawet trochę więcej niż się spodziewałem i jestem z tego bardzo zadowolony. Zaletą całego eventu jest to, że nie jest on takim molochem jak Pyrkon i dużo łatwiej jest realnie uczestniczyć w atrakcjach przygotowanych dla fanów. Food trucki i ładna pogoda dopełniły reszty i powstał dobry konwent, choć mający wiele wad. Największą z nich był brak odpowiednich informacji, jak w przypadku Michaela Linga, czy bezsensowne wydłużenie czasu imprezy o jeden dzień. Teraz jednak pozostaje nam już tylko wracać wspomnieniami do miłych chwil na Hali Stulecia i powoli myśleć o przyszłorocznym Polconie w Lublinie.

 

Te i inne zdjęcia z Polconu 2016 znajdziecie w naszej galerii na Facebooku



blog comments powered by Disqus