Baszta

Autor: aDiego
24 lutego 2006

Krzysztof Kochański

Baszta Czarownic

Jest wiek XXI. Ale to nic.

Wciąż są tajemnice, o których strach opowiadać.

ZACZYNAMY

Około godziny 2 po północy piorun uderzył w kasztanowiec przed Spichlerzem Richtera. W pobliżu nie było nikogo, nie licząc czarnego kota, który dał nura w wykusz Bramy Młyńskiej , stanowiącej kilka wieku temu jeden z trzech wjazdów do miasta.

(...)

Piorun w taką noc?

Jankowski wychylił się głębiej, w stronę biurową parkingu, ale nie dostrzegł nic godnego uwagi. Miasto Słupsk pogrążone było we śnie. Powraca już na krzesło, gdy niespodzianie dotarła do niego woń spalenizny. Powtórnie obejrzał się na okno, po chwili wahania wyjrzał na korytarz. Uniósł głowę i niczym pies myśliwski wciągał w nozdrza powietrze. Widać badanie naprowadziło strażaka na jakiś ślad, gdyż poderwał się nagle i pędem zbiegł po schodach na parter. Przez wychodzące na ulicę okna zobaczył, że naprzeciwko dym wali, jak z komina pobliskiej osiedlowej kotłowni, nim zlikwidowano ją kilka lat temu, podłączając zasoby do miejskiej sieci ciepłowniczej. Jankowski przytomnie okręcił się na pięcie i chwycił gaśnicę. Kilkanaście sekund później władował rozprężoną zawartość stalowej butli do wielkiej dziupli, która powstała u nasady drewna. Zadowolony, z poczuciem dobrze wykonanego zadania, powrócił do dyżurki na piętrze i wtedy dobry nastrój uleciał z sykiem - zupełnie jak przed minutą piana z gaśnicy.

- Jasny gwint!

Szafa była otwarta na oścież, pokazują puste półki i nagi wieszak. Cywilne ubranie, w którym Jankowski przyszedł do pracy, zniknęło. Dżinsy, flanelowa koszula i skórzana, brązowa kurtka. Zdumiony strażak rozejrzał się wokół, w iluzorycznej nadziei, że może to nieprawda, że dzisiaj złożył ubranie gdzie indziej, ale tak nie było. Za to na podłodze leżał barwny ciuch, zmięty, porzucony byle jak. Mężczyzna podniósł go i przyjrzał się uważnie. Damska kiecka? Nie. Raczej sutanna. Chociaż, też nie. Nie ma tak kolorowych sutann....

W tym momencie huknęło po raz drugi. Jankowski nie mógł tego widzieć, ale ofiarą znów padło te samo drzewo, pomimo, iż cztery metry dalej rósł bliźniaczy kasztanowiec z pechowcem kilkoma konarami. Dym wyskoczył z dziupli, niczym z fajki Papaja, wielbiciela szpinaku, lecz zaraz przygasł, rozmył się, stłupiony tkwiącą w dziupli gaśniczą pianą.

Bezdomny pod Mostem Zamkowym szczelnie nakrył głowę połą swej kraciastej marynarki. Śnił dalej.

(...)

Uderzenie drugiego pioruna wypłoszyła czarnego kota z wykuszu Bramy Młyńskiej, gdzie wcześniej znalazł schronienie. Zdezorientowany zwierzak zmylił kierunek i - miast uciekać gdzie pieprz rośnie - podążał w stronę kasztanowca, nie bacząc, iż spod konarów, wyłania się złowrogo przygarbiona męska sylwetka. W jakiś sposób przypominała wcześniejszy cień, przemykający mostem w kierunku remizy, lecz poruszała się z większą pewnością siebie.

(...)

NIEDZIELA. Zamek Książąt Pomorskich.

Zegar pokazywał ósmą dziesięć. Bez wątpienia była to wczesna pora, zważywszy na niedzielę i na fakt, iż Muzeum Pomorza Środkowego otwierano o dziesiątej Zenon Gadowski, kiedyś jeden z rzeszy etatowych nocnych stróżów na zamku, teraz pracownik firmy ochroniarskiej "Jantar", spoglądał przez zakratowane okienko masywnych, inkrustowanych metalem drzwi.

  • O! - ucieszył się. - Witam pierwszą czarownicę Rzeczpospolitej. Mamy dziś tłok z samego rana.
  • Dzień Dobry, panie Zenonie. - Magda z dość niewinną miną obejrzała się za siebie.
  • Stało się coś? - zapytał strażnik, dostrzegając niepokój dziewczyny.
  • Nie, nic. Chyba nic, ale... - Przekroczyła wysoki próg. Zatrzymała się spoglądając na mężczyznę z pewnym zażenowaniem. - Mam prośbę, panie Zenonie. Może pan zobaczyć, czy ktoś za mną nie idzie?
  • Fiuuu... - strażnik zagwizdał przeciągle. - Natarczywy narzeczony?
  • Nie mam narzeczonego.
  • Ja tylko tak - speszył się. - Żartowałem. Oczywiście, że zaraz to sprawdzę.

Wyszedł na zewnątrz, zilustrował przedzamkowy plac, ześlizgując się spojrzeniem po pruskich murach dworku, po mostku przy wodnym młynie, aż na wpół abstrakcyjną rzeźbę dwóch biegnących dzików. Nie zobaczył nic podejrzanego. Ani żywego ducha nie licząc starszej pary, zmierzającej na mszę do położonego naprzeciwko kościoła św. Józefa. Na wszelki wypadek wyjrzał za lewy winkiel - pusto było również na podwórzu hotelu "Zamkowy", wybudowanego sporo po wojnie i architektonicznie nie mającego nic wspólnego z siedzibą księcia Bogusława. Zdaniem Zenona hotel pasował tu jak końskie odchody do zadbanego trawnika. Strażnik czytał gdzieś, że "artysta", który zaprojektował ten klockowaty budynek, po upadku komuny został surowo osądzony i do dzisiaj odsiaduje kilkunastoletni wyrok w więzieniu w Czarnem. Razem zresztą z miejskim architektem, współtwórcą radosnego blokowiska pomiędzy murem obronnym a ulicą Mostnika.

  • Nic się nie dzieje - poinformował wyczekującą cierpliwie Magdę. - Jeśli ktoś nawet próbował panią śledzić, to się zniechęcił.
  • Dziękuję - odpowiedziała dziewczyna. - To idę się przebrać - poinformowała.
  • A, zaraz... - Zatrzymała się jeszcze. - Mówił pan coś o tłoku. Jest już ktoś?
  • Pani Witkacy.

Magda nie kryła nagłego oburzenia.

  • Wstydziłby się pan, panie Zenku. Takie żarty nie na miejscu!

Ochroniarz otworzył szeroko usta i zastygł tak, w szczerym zdumieniu, godnym najwymyślniejszej postaci z rysunkowego filmu Disney'a. Ale ona już tego nie widziała, przeszła obok stanowiska szatniarek, pustego jeszcze o tej porze, i przez drewniane drzwi koloru nasyconego mahoniu udała się na zaplecze.

Pani Witkacy od niedawna była szefową nieformalnej grupy operacyjnej, zajmującej się gromadzeniem i konserwacją dzieł Stanisława Ignacego Witkiewicza, znanego w pewnych kręgach jako pisarz i portrecista w innych jako alkoholista - lecz w każdym z nich pod wpadającą w ucho ksywką: Witkacy. Zespół nie był zbyt liczny, lecz nadzwyczaj efektywny. W jego skład wchodzili: szefowa. Dyrektor muzeum i kilku anonimowych biznesmenów, wykładających co jakiś czas wcale nie bagatelne sumy na zakup nowych obrazów artysty. W ten sposób rosła w siłę chluba Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku - największa w Polsce (i na świecie) kolekcja dzieł Witkiewicza, który nim odszedł był z tego padołu, pozostawił wiele śladów swego malarskiego, rysunkowego, fotograficznego i literackiego talentu.

Magda otworzyła szafkę i wyjęła swój służebny kostium. Nie potrafiła powstrzymać oburzenia wywołanego, cynicznym żartem strażnika.

Pani Witkacy - pracująca dorywczo Magdo nie pamiętała prawdziwego nazwiska kierowniczki, w myślach identyfikując ją obiegowym przezwiskiem - nie żyła. Odeszła w zeszłym tygodniu, w sposób i jakim codziennie czytuje się w gazetach, nie specjalnie biorąc to do siebie. Jej skoda fabia, nie pokonała zakrętu zgodnie z przewidywaniami budowniczych drogi Słupsk-Ustka i w konsekwencji wylądowała na pniu przydrożnego dębu, grzebiąc w oblachowaniu swoją właścicielkę.

Minęło zaledwie kilka dni, a tu takie bezduszne dowcipu... - Magda westchnęła do własnych myśli.

Wyjęła stare kosmetyki, usiadła przed lustrem, niczym aktorka przed spektaklem i rozpoczęła makijaż. Zająło jej to dobrych kilka minut, bo chociaż w rezultacie twarz i tak zastanie ukryta pod czarną woalką, to jednak cały efekt w tym, co ledwie dostrzegalne, co pobudza wyobraźnie niedopowiedzeniem szczegółów.

Magda była upiorem. Duchem księżniczki Anny Gryfitki, żony księcia Ernesta de Croy i Arschott, a później wdowy po nim, gdyż małżonek poległ w czasie wyprawy wojennej pod Oppenheim nad Renem, po niespełna rocznym pożuciu. Magda wygrała casting na tę "rolę", ogłoszony w zeszłym roku przez muzeum w celu ściągnięcia większej ilości turystów. Dzięki temu - a przede wszystkim dzięki sobotniemu barmanowaniu w herbaciarni w Spichlerzu Richtera - mogła kontynuować studia w Pomorskiej Akademii Pedagogicznej, zachowując status dziennej studentki i miejsce w akademiku.

Przejrzała się w lustrze, odchodząc najdalej jak pozwalały skromne gabaryty pomieszczenia. "Doskonale!" - stwierdziła z satysfakcją - "Samemu można się wystraszyć".

Weszła na górę, na pierwsze piętro, ignorując strażnika Zenona, spoglądającego na nią melancholijnie.

- Cześć - powiedziała do rycerskiej zbroi maksymiliańskiej (XVI wiek), stojącej pod okiennym wykuszem, należącej niegdyś - sądząc po rozmiarach - do wyjątkowego kurdupla.

Kurdupel ani drgnął.

Za to w sąsiedniej sali zaskrzypiała szafa.

W zasadzie nie ma nic dziwnego w tym, że skrzypią stare szafy, szczególnie zabytkowe, ich wiek tłumaczy wszystko - mimo to dźwięk zaniepokoił Magdę, sunącą po parkiecie w czarnym stroju upiora.

Sęk w tym, że wszystkie muzealne szafy miały zablokowane drzwiczki i szuflady, co stanowiło pewne przed wścibstwem zwiedzających. Niełatwo było je otworzyć, a już z pewnością nie mogły otworzyć się same. Skąd więc skrzypienie, zakłócające muzealną ciszę? Zaciekawiona Magda odchyliła zakrywającą twarz czarną woalkę, zarzucając ją sobie na tył głowy, i wkroczyła do komnaty.

Prawe drzwi intarsjowanej szafy, absolutnie nie wyglądającej na swoje czterysta lat, zatrzasnęły się w ułamku sekundy. Jakby mebel ożył nagle i wystraszył się wtargnięcia upiora, któremu odsłonięta woalka odjęła może nieco tajemniczości, lecz za to niecodzienny makijaż dodawał grozy.

  • Kto tu jest?! - zawołała dziewczyna, nagle wystraszona.
  • Poczuła chłód. Ledwie się powstrzymała, żeby nie uciec na dół. Przypomniały jej się słowa pana Zenona. "Dzisiaj tłok z samego rana".
  • Pani Witkacy?
  • Co za absurd!

Otrząsnęła się i zdecydowanym krokiem podeszła do szafy. Wyciągnęła rękę i w tym momencie wyczerpał się zapas energii, który wiódł ją do działania. Zastygła w tej pozycji, nasłuchując. Cisza. Nie było za co złapać - drzwi nie posiadały uchwytów, a pozbawione kluczy zamki łypały czarnymi otworami, zbyt małymi, żeby włożyć choćby palec. Jeśli ktoś by się na to odważył. Magda nie miała zamiaru. Cała zamieniła się w słuch; czas jakby stanął w miejscu, cud w muzeum powszedni, i - jak się okazało ku zatykającemu dech w piersiach przerażeniu dziewczyny - nie nasłuchiwała na darmo.

(...)

Mimo wysiłków pan Gadowski nie potrafił się dziś skupić na lekturze i nie było w tym ani trochę winy Kinga. Po prostu był zły przez Magdę. Nie rozumiał jej niemiłego zachowania, gdy wspomniał, że przyszła pani Witkacy. Przecież wszyscy ją tak nazywają, tę, panią Witkacy. Powiedział tak nie ze złej woli...

Lubił Magdę. Jeszcze bardziej lubił zapominać, że ma pięćdziesiątkę na karku i wyobrażać sobie, że pewnego dnia dziewczyna dostrzeże w nim mężczyznę. Był pewien, że sprostałby takiemu wyzwaniu, bez względu na porę dnia czy nocy. Inna sprawa, że nigdy wżyciu nie przyznałby się do tego, choćby rozciągano go na kole i wbijano gwoździe w czoło.

Westchnął, wyprostował się na krześle i spojrzał na monitory, znajdujące się po jego prawej stronie. Cztery. Ustawione w parach, jedna nad drugą. Uwagę natychmiast przyciągnął najmniejszy ekran, ukazujący obraz z kamery zawieszonej w komnacie nazywanej salą trzecią, w której znajdowały się głównie meble i fragment starego pieca. Magda rozmawiała z panią Witkacy.

"Może jej powiedziała?" - pomyślał Gadowski i nieoczekiwanie poczuł wstyd. - "Wszyscy nazywają ją Witkacy, ale padnie na mnie."

Ale pani Witkacy wciąż uśmiechała się, opowiadała o czymś, gestykulując, i Zenon poczuł ulgę. O czym by nie rozmawiały, musiały to być sprawy miłe. Może nawet jakiś dowcip.

Że coś jest nie tak, zorientował się dopiero wówczas, gdy Magda zaczęła się odsuwać od swojej rozmówczyni - tyłem, jakby ktoś uczynił psikusa i cofał nagraną wcześniej kasetę video. Stanęła nieco bokiem do kamery. Była przerażona. Nie ulegało wątpliwości, że była przerażona - widział to wyraźnie na czarnobiałym ekranie, pomimo grubego makijażu, pokrywającego twarz dziewczyny. Nagle drgnęła, wstrząśnięta jakimś spazmem, ramiona wykonały gwałtowny ruch, jakby chciały uciec, w końcu opadły zrezygnowane. Pani Witkacy dotykała ręką szafy, coś mówiła. Wciąż coś zabawnego?! Niespodziewanie wysłużony monitor zamigotał i przez ułamek sekundy głowa pani Witkacy uległa zdumiewającemu przeobrażeniu. Zamiast niej pojawiła się ciemna plama, Z niewyraźnym śladem męskiej twarzy.

Jak to męskiej?!

Strażnik poderwał się z krzesła. Biegnąc odpiął kaburę. Nie potrafił zrozumieć, jak wcześniej mógł nie zwrócić uwagi na dziwaczny ubiór pani Witkacy. Co tam strój! Jak mógł nie zauważyć, że charakterystyczna, czarna brodawka, wielka jak jagoda - niewykluczone, że przyczyna staropanieństwa żywicielki - zmieniła miejsce z lewego policzka na prawy?!

(...)



blog comments powered by Disqus