Relacja z Konturu 2003

Autor: Ashka
11 kwietnia 2006

Zdrowa na ciele i umyśle... no tego pewna nie jestem. Niedawno wyszłam ze szpitala, a po Konturze to chyba nikt normalny pozostać nie mógł. Ale żywa jestem o czym świadczy dobitnie fakt, że czytacie te słowa.

Relacja jest spóźniona, gdyż pewien sabotażysta umyślił sobie że, rzucając mną o beton, opóźni moją pracę i nie zdołam się wywiązać z moich obowiązków zawartych w umowie patronackiej. Udało mu się częściowo (nie jest to prawdą, ale jakoś trzeba się wytłumaczyć przed organizatorami Konturu). Nie jest łatwo opisać wydarzenia z tego konwentu, gdyż wszystko ginie w mrokach dziejów i pomroczności jasnej, ale spróbuje podołać zadaniu. Nie będzie to wymarzona przez Naczelnego relacja, ale jak chcesz Jacku, możesz napisać ją sam.

Jako specjalny wysłannik Gildii na Kontur 2003, wyruszyłam wcześnie rano, objuczona bagażami, na miejsce spotkania czyli dworzec w Sopocie. Zdążyłam się opalić zanim pojawił się Student. CD Jack, nasz Naczelny (czy ma on coś wspólnego z NaCzelnymi z Ubika?) nadjechał pociągiem, w którym zajął nam miejsca na początku składu. Przez niego musieliśmy trochę pobiegać, z resztą nie ostatni raz tego dnia. Wszyscy byliśmy zaopatrzeni w substancje odżywcze, zapewniające przeżycie tej długiej podróży. Ilości okazały się jednak niewystarczające, skończyły się już w Olsztynie. W pociągu po zmianie przepisów nie można było ich nabyć. Przed nami była jeszcze długa droga. Dowiedzieliśmy się od konduktora dokładnej godziny odjazdu, a od żołnierzy służby zasadniczej gdzie znajduję się najbliższy sklep. Przedyskutowaliśmy sprawę, odbyła się krótka słowna przepychanka dotycząca tego kogo ma ten zaszczyt kopnąć. Domyślacie się, że wszyscy byli chętni. W końcu Naczelny oddelegował wspaniałomyślnie mnie i Studenta do tej szybkiej akcji bydgoskich policjantów... znaczy się do wypadu po piwo. Szybkim sprintem (a co nie wierzycie?) przebiegliśmy tunel, ulicę i dopadliśmy sklepu. Zrobiliśmy stosowne zakupy i tym razem kurcgalopkiem (nie wiem jak to wygląda, ale zawsze podobało mi się to określenie i kojarzy mi się z galopem postrzelonej krowy) udaliśmy się z powrotem. Dysząc ciężko wpadliśmy na peron, z ulgą odnotowaliśmy fakt, że pociąg jeszcze stoi, a CD Jack radośnie do nas macha i odbiera ładunek. Na szczęście podróż nie skończyła się w Olsztynie i Warką... wartko popłynęła dalej. Jacek, następnym razem Ty biegniesz!

W Białymstoku przywitali nas gorąco Panek z Viscerą oraz deszczowa pogoda. Po chwili dołączył też Adam Kalisty. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Student i ja pod przewodnictwem Viscery pojechaliśmy do Ogrodniczek. Druga grupa poszła szturmować radio. Naczelny ponoć spisał się dzielnie odbębniwszy dwa wywiady, w tym jeden w imieniu organizatorów. Pewnie nie chciał oddać mikrofonu. W każdym razie wrócili z dostawą napojów regeneracyjnych, a Panek wzbogacił się o bluzę polarową.
Zanim jednak wrócili my dojechaliśmy autobusem na miejsce (trochę za Ogrodniczkami). Dróżkę, w którą należało skręcić oznaczała duża, czarna płachta z napisem Kontur. Dróżką tą podreptaliśmy dochodząc do siedliska tego konwentu. Na miejscu zaskoczyła nas senna atmosfera, cisza, lekki deszczyk. Grupka ludzi sączyła spokojnie piwko na ganku baru. Kontur zaczynał się bardzo spokojnie i niewinnie. Cóż za przewrotność losu...
Przydzielono nam pokój na parterze domku nr 3. Mi przypadł w udziale tapczan z dołem, ale fakt ten ujawnił się później. Po rozlokowaniu się poszliśmy do baru integrować się z ludnością obecną i z tą ciągle napływającą. Kontur nadal udawał, że będzie cichym i spokojnym konwentem. Odbyło się spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem, który opowiadał między innymi o kolejnych częściach "Pana Samochodzika". Dla chętnych leciały filmy Monty Phytona, aczkolwiek większość ludzi przebywała na ganku i w słynnym domku nr 5 (zwłaszcza po powrocie radiowej grupy z dostawą).
Odbyliśmy spacer krajoznawczy po okolicy. Tylko garstka wybrała się na ten spacer, a tylko Pankowi chciało się schodzić ze mną nad jeziorko. Reszta leniwców została na szczycie górki, na której zaczynał się wyciąg, a pod którą musieliśmy potem wleźć. Ci dranie, siedząc bezczynnie i popijając chmielowy napój szydzili z naszego powolnego tempa wspinaczki. Oby Wam piwo skwaśniało, złośliwcy!
Miejsce Konturu to kilka domków, dwa  mniejsze budynki, w których odbywały się spotkania, oraz większy budynek baru z gankiem. Wokół tylko las, pagórki i kilka jezior. Idealne miejsce na biwak. Na boisku położonym przed domkami odbywała się konkurencyjna impreza z egzotyczną, przyciągającą każdego miłośnika fantastyki muzyką disco polo i disco. Chcieliśmy się przyłączyć, ale niestety impreza była zamknięta dla obcych, o czym przekonał się nasz Naczelny wyproszony przez ochroniarza.
Na drugim końcu, by nie słyszeć tej cud-muzyki, zorganizowane było konturowe ognisko wraz z Tasting Beer. Na stoliku stała cała masa różnorodnego piwa. Co jedno, to bardziej dziwaczne. Wszystkie można było degustować. Jednak nadal Warka Strong to moje ulubione piwko. Tego wieczora idąc od domku do ogniska zapoznałam się blisko z płotkiem, który bezczelnie wszedł mi w drogę. Ciemno tam było jak... no właśnie tak., a latarki nie chciało mi się nosić. Dużo później, szukając kluczy od naszego pokoju uratowałam Jacka przed zalewem wysokoprocentowej gościnności organizatorów i nie tylko. Pomimo tego, że byłam tam krótko, a może właśnie dlatego, również mnie ugoszczono i to bardzo intensywnie. Uciekliśmy stamtąd. Trafiłam jeszcze na czas jakiś na imprezkę w piątce, gdzie zamelinował się tymczasowo Student. A potem wreszcie spać. Finał dnia ginie w mrokach dziejów, ale mój przypadek to jeszcze nic.

Następnego dnia o bandycko wczesnej godzinie obudził mnie telefon od Panka. Zaczął mi zadawać dosyć filozoficzne pytania typu: "gdzie jesteś?". "gdzie ja jestem?", "gdzie ja spałem?". Z nich wszystkich potrafiłam odpowiedzieć tylko na to pierwsze, a rezultatem odpowiedzi było pojawienie się autora tych pytań w naszym pokoju. Taki budzik ludzki mieliśmy odtąd co dnia, tylko skład się powiększał. Jak się potem dowiedziałam, telefonem tego typu pobudził Arturek jeszcze kilka osób, ale nikt nie był w stanie wyjaśnić mu najbardziej nurtującej go kwestii, czyli gdzie spał tej nocy.
Pogoda tego dnia była piękna. Było słonecznie i gorąco. Od momentu wyjścia z domku do końca konwentu zastanawiałam się nad obcięciem spodni. Przeklinałam też meteorologów, przez których deszczową kurtkę wzięłam, ale krótkich spodenek już nie. Jacek zapisał nas na LARPa "Kraina Snów". Student dał w tym momencie pokaz niezdecydowania. Raz się przebierał, raz rozbierał. Z kilkanaście minut mu to zajęło, a i tak wracał jeszcze raz do domku by zmienić swoją kreację. Oj Student, Student. Sam LARP rozpoczął się z dużym opóźnieniem. Nim się zaczął wszyscy zdążyli uzupełnić na zapas sporą ilość płynów i ją odparować. Kilka jednostek rozpłynęło się w upale i wsiąkło w piach. Wszelkie próby ratowania ich spełzły na niczym, pozbierano więc tylko odpowiednie kupki piasku do oznaczonych worków. Może kiedyś, jak nauka pójdzie do przodu...
W naszej drużynie CD Jack był magiem posiadającym urokliwe zaklęcie Kurzajki, Student był kapłanem - uzdrowicielem, ja byłam wojownikiem, który miał chronić ich tyłki. Doszedł też czwarty do naszej bandy - Tomek, też wojownik. Uzbroiliśmy się w broń bezpieczną, czyli kije oraz w cierpliwość. Wreszcie wyruszyliśmy liczną gromadą w las, prowadzeni przez organizatorów "Krainy Snów". Panowało powszechna opinia, że celem LARPa będzie odnalezienie drogi powrotnej do ośrodka. Powstał również chytry plan by cicho się wycofać na piwo i sprawdzić kiedy organizatorzy zorientują się że nikt za nimi nie idzie. Plan nie został zrealizowany. Stadkiem doszliśmy w okolice jeziora i stanęliśmy by poczekać aż zbiorą się wszyscy. Arni skorzystał z postoju bardzo aktywnie, sam się znokautował i upadł. Idąc dalej wzdłuż jeziora kolejne grupy zostawały na pozycjach. Do najdalszego punktu doszły dwie drużyny. Jedna poszła na groblę prowadzącą na drugą stronę jeziora. Druga, czyli my, poszła w ciemny las.
Akcja miała się toczyć wokół jeziora, ale nie dalej niż 100 metrów od niego. Należało znaleźć napój życia i zanieść go Królowi Arturowi. Nasza dzielna i inteligentna drużyna (jakieś wątpliwości?) wymyśliła chytry plan dominacji nad światem, czyli brak planu. Początkowo próbowaliśmy obejść jezioro, pamiętając że na grobli siedzi konkurencja. Obchodziliśmy to jezioro dość długo, ciągle były jakieś mokradła. Przy okazji dozbroiliśmy się po drodze w kolejną bezpieczną broń. Końca wody nie było widać, ale wracać nam się nie chciało, skoro tyle już przeszliśmy. Znaczyło by to również, że plan obejścia jeziora był zły, a przecież my się nie mylimy. Jedno było pewne - nikt nas nie napadnie, bo nikt nie mógł wpaść na tak inteligentny pomysł jak nasz. Po dłuższym czasie usłyszeliśmy odgłosy cywilizacji i z większym przekonaniem ruszyliśmy w tamtym kierunku. Gdy wyszliśmy z lasu zobaczyliśmy rozległą łąkę a za nią wioskę. Gdzie wioska, tam musi być sklep. Nasz kolejny plan zakładał dostanie się do sklepu. Trzeba być elastycznym, a poza tym nowy plan wcale nie kolidował ze starym, czyli z obejściem jeziora. Poszliśmy grząską łączką, przeskoczyliśmy wąski w tym miejscu strumyk - rzeczkę. Nikt się nie utopił, nikogo nie pogoniły młode byczki, które spotkaliśmy po drodze (posiadane przez nas czerwone sznureczki od identyfikatorów bardzo je zainteresowały). Tubylcy też nas nie pogonili, aczkolwiek na pewno się dziwili co to za hałastra z kijami wychynęła z lasu. Sklep znaleźliśmy bez problemów. Złożyliśmy grzecznie broń prze wejściem, żeby nie straszyć sprzedawczyni. Oprócz pożywienia nabyliśmy pewne ilości napoju życia, wychodząc z założenia, że łatwiej go kupić niż znaleźć błąkając się po lesie. Po posileniu udaliśmy się z powrotem w kierunku jeziora - teraz ku jego drugiej stronie. Idąc dróżką zobaczyliśmy przed sobą dwie leżące na ziemi i znudzone jednostki ludzkie. Jednostki te zobaczywszy nas poderwały się na nogi i zaczęły się przygotowywać na spotkanie z nami. Szliśmy wolno by dać im czas na poprawienie stroju i podniesienie broni. Okazało się że spotkaliśmy króla Artura i jego strażnika. Obaj byli mocno zdziwieni naszą obecnością. Byliśmy pierwszą drużyną, która do nich dotarła (a LARP trwał już dwie godziny) i to jeszcze nie z tej strony co trzeba. W sumie wybraliśmy się na całkiem niezły, kilkukilometrowy spacerek, ale jezioro okrążyliśmy! Chcieliśmy przekupić króla Artura naszym napojem życia, ale twardy był i się nie dał. Poszliśmy więc dalej i zaskoczyliśmy strażnika na moście/grobli znów tym, że idziemy z nie tej strony co trzeba. Strażnik chciał pobrać od nas myto, w nieokreślonej wysokości, za przejście mostu. Stwierdziliśmy więc, że czas na kolejną zmianę planów a w zasadzie trzymanie się starego - dalej obchodzimy jezioro z pominięciem grobli. Gdy już odchodziliśmy strażnik zaczął wykrzykiwać coś o zniżce 50-cio procentowej. To jakiś napój, ta zniżka? Mocny. Nie zawróciliśmy, za to ponownie zmieniliśmy plan, słusznie dochodząc do wniosku, że tylko tacy wariaci, znaczy się inteligenci jak my wybiorą dłuższą drogę wokół jeziora. Reszta będzie grzecznie przechodzić przez groblę, by dostać się do króla Artura. Stanęliśmy więc na drugim końcu mostu, oznajmiając wartownikowi, że to nasza część i my tutaj będziemy pobierać opłaty. Rozsiedliśmy się wygodnie na pieńku, odszpuntowaliśmy nasz napój życia i radośnie czekaliśmy na pierwszych interesantów. Wkrótce też przybyli. Przez pierwszy posterunek przeszli łatwo, na naszym się zatrzymali. Piotr Cholewa i Wojtek Świdziniewski, bo oni to byli, nie mogąc przejść dalej wzięli tę niewielką ilość mostu pomiędzy nami a strażnikiem w posiadanie i ustanowili kolejny posterunek. Zdenerwowany kradzieżą mostu strażnik już stał za ich plecami.
Przybyła kolejna ekipa i również zatrzymała się na nas. Nasz 13-ty posterunek, to znaczy nasz posterunek był nieprzekraczalny. Wybiliśmy w końcu całą ekipę, gdyż chcieli przejść siłą a poza tym jeden z nich podawał się za króla Artura. A przecież jednego już widzieliśmy. To fakt, że byli podobni (bracia Sokólscy) ale w dwóch królów Arturów nie uwierzyliśmy. My, wojownicy walczyliśmy a nasi magowie chronili nasze tyły i dawali nam wsparcie moralne i duchowe, zagrzewając nas okrzykami do walki  pomiędzy jednym a drugim łykiem piwa. Fałszywy król Artur rzeczywiście okazał się królem, ale nie Arturem, i zabijając go oraz jego świtę weszliśmy w posiadanie królestwa. Nie pamiętam czy w tym zamieszaniu nie utłukliśmy też Cholewy i Wojtka. Jeśli tak mogliby się odezwać z zaświatów i potwierdzić. Za naszymi plecami zobaczyliśmy zbliżającego się prawdziwego króla Artura z jego rycerzem. Ich też nie przepuściliśmy, za to uraczyliśmy napojem nadal nie uznanym za oficjalny napój życia. Król był nieprzekupny. Zaczął się on przybliżać do graczy w myśl zasady "jeśli Mahomet nie chce do góry, to góra ma to w nosie... to znaczy góra przyjdzie do Mahometa" Poszliśmy dalej całą grupą, przy okazji przekonując strażnika by walczył po naszej stronie. Ależ skąd, to nie była łapówka, tylko darowizna! Spotkaliśmy kolejną bandę i tym razem to my padliśmy w walce. Ale to dlatego, że Elfik uśpił naszą czujność. Nie zabili tylko Studenta, gdyż każdyuważał  że zabicie uzdrowiciela jest nie etyczne. Tym sposobem wyszliśmy na plus po całej grze, bo z królestwem na stanie. Spacerkiem udaliśmy się do ośrodka, do domku na coś w rodzaju obiadu. Foka twierdzi, że to jej drużyna wygrała, ale jakoś uwierzyć nie mogę. Oprócz Foki i Arniego w jej skład wchodził Cholewa i Wojtek, a cały czas mi się wydaje, żeśmy ich na moście wycięli w pień.

Spotkanie z Wojtkiem Świdziniewskim zaczęło się od wystąpienia znanego działacza klubu Ubik - Artura Panka, który zaprezentował najnowszy numer NaCzelnyczh a zwłaszcza rozkładówkę. Pomimo tego wstępu gościa nadal nie było, więc spotkanie szybko się przekształciło w Wielki Turniej Piłkarzyków. Walki były tak ostre, że piłeczka mocno ucierpiała. Rozgrywki przerwano długo po przyjściu Wojtka. Co niektórzy twierdzą, że spotkanie z Wojtkiem było tylko pretekstem by ściągnąć ludzi i dodatkiem do spotkania z działaczem klubowym, o którym mowa była wcześniej, oraz do Wielkiego Turnieju Piłkarzyków. Ale do rzeczy. Prowadzący Kuba, który debiutował w tej roli, dobrze się przygotował do tematu, ale nie przewidział niesubordynacji publiki, która ciągle zadawała pytania nie związane z tematem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że Wojtek jest niekwestionowanym liderem Sekcji Wysokich Ciśnień (ostatni konkurent próbujący go zdetronizować, pomimo pomocy środków technicznych i naturalnych trafił po tej próbie do szpitala), oraz że jest tzw. gigowcem (w związku z posiadanym procesorem). Jeśli chodzi o twórczość, to Wojtek ma dużo planów i zamierzeń na przyszłość i tylko nawał obowiązków (czyt. konwenty, imprezy, knajpy itd.) mu w tym przeszkadza.
Jakby nam było mało spacerów, poszliśmy ze Studentem do sklepu, do Ogrodniczek, które według zapewnień organizatorów miały być oddalone tylko o kilometr. Nasz nożny miernik wykazał dużo większą odległość, ale kłócić się nie będę. Dystans okazał się jeszcze dłuższy w powrotnej drodze.
Po zakupach trafiłam na konkurs klubowy, który zaczął się ponoć bardzo interesująco. Zanim został ustawiony sprzęt potrzebny do przeprowadzenia konkursu znowu ożył Wielki Turniej Piłkarzyków, przy użyciu bodajże piłeczki ping-pongowej. Na to wpadł Harcerz i w niecenzuralnych słowach (cenzura, więc nie podam) zażądał przerwania gry. Na szczęście konflikt sięnie rozwinął w nic poważnego (tym razem), gdyż zjawili się uczestnicy i konkurs się zaczął. Podzielony był na trzy etapy. Pierwszy etap, to konkurs muzyczny, czyli odgadywanie z jakiego filmu jest dana muzyka (chodziło głównie o utwory Jennifer Lopez). W drugim należało odgadnąć nazwę oglądanego statku i podać z jakiego filmu jest dane ujęcie (większość statków albo nazywała się Jennifer Lopez, albo do niej należała i we wszystkich filmach Lopez występowała). W trzecim etapie były odpowiedzi na pytania (dotyczące oczywiście twórczości i życia Jennifer Lopez). W trakcie konkursu przyjechał ekipa z Częstochowy, w tym bliźniacy, co uratowało mnie przed pielgrzymką do tego miasta. Mogłam spokojnie oddać pożyczony w Poznaniu sweter na miejscu. Jeszcze raz dziękuje.
W którymś momencie poszliśmy grupką po drewno na ognisko. Daleko nie chodziliśmy, las był blisko. Ognisko - blisko, jak dalej będę tak rymować zacznę pisać wierszem. Uzbieraliśmy spory stosik w przerwach popijając środek przeciw komarom i zabijając te, które nadal nas gryzły. Było ich strasznie dużo. Ten środek nie był skuteczny. Uzbieraną kupę drewna zaciągnęliśmy bliżej miejsca na ognisko. No dobra. Ja tylko zbierałam z tyłu pogubione patyczki i rzucałam je ponownie na stosik.
Tego wieczora ognisko było szczególne. Było darmowe piwko, ciasto ziemniaczane - pycha! - oraz występ kapeli bluesowej Formacja Fru. Tak obchodził swoje dwudzieste urodziny klub Ubik. Bliźniaki wszelkie mieniły mi się w oczach. Kamila i Dawida co prawda rozróżniam znakomicie, ale stojąc między nimi, patrząc raz w lewo, raz w prawo, miałam wrażenie że rozmawiam z jednym. Dość często z resztą dokańczali po sobie zdanie, a półmrok jaki panował przy ognisku wcale mi nie ułatwiał sprawy. Z braćmi Sokólskimi miałam jeszcze większą zgryzotę, bo choć wiem już że jest ich dwóch, to za Chiny Ludowe i co tam jeszcze innego, nie jestem w stanie ich odróżnić. Przez cały konwent  unikałam zwracania się do nich po imieniu. Tak na wszelki wypadek.

Powiększyła mi się rodzina, może nie z krwi i kości, ale jednak. A dokładniej doszło mi kilku braci i kilka sióstr. Rodzinę zaczął zbierać Panek od nie wiem jakiego czasu. Na pewno już na Nordconie. Schemat przyjmowania do rodziny jest wielce niejasny, nieznane są też cechy jakie powinien spełniać kandydat do rodziny. Wszystko jest płynne. Jak już nas będzie bardzo dużo, może zrobimy zjazd rodzinny - np. Ogólnopolski Zjazd Rodzinny Nordcon. Z braćmi i siostrami zasiadłam przy naszym totemie rodzinnym - długim i twardym. Nie myślcie sobie! To było rosnące drzewko. Usiłowałam zrobić zdjęcie przy totemie, ale aparat odmówił mi posłuszeństwa i taki krnąbrny pozostał do końca konwentu. Zamach na życie rodziny wykonała później ławeczka, która wzięła i się przewróciła razem ze mną, Kamilem i Viscerą. Poszkodowana została siostra Viscera a zwłaszcza jej paznokieć. Kapela grała dalej i bardzo interesująco. Parę odważnych nawet podrygiwało do muzyki. Atmosfera przy ognisku, jak to przy ognisku - sielska, biwakowa. Objadłam się ciastem, którym ciągle częstowano. Bym zapomniała, jeszcze były kiełbaski.

Do pokoju wróciłam jakoś o 3 rano. Zdążyłam się tylko położyć a już przyszedł mój świeżo pozyskani bracia Artur i Kamil, i zaczęli próbować zadowolić Studenta. Na początku ciężko im to szło, Student był oporny i protestował, więc wezwali posiłki, które objawiły się w osobach Masła, Kuby, i Michała. Cel był jeden - Student musi być zadowolony. Długo trwało (ponad dwie godziny) zadowalanie Studenta, ale chyba nam się w końcu udało, bo pomimo marudzenia i odsyłania wszystkich do mnie (doprawdy nie wiem czemu) rechotał i śmiał się pod kołdrą. A CD Jack, przez cały ten czas nawet na sekundę się nie obudził, cały czas chrapał. Ale jego nie ma szans obudzić przed 12 w południe. Założyliśmy też od razu, że następnego poranka też będziemy poprawiać humor Studentowi. Trzeba dbać o dobre samopoczucie kolegów.
Przez ten wczesnoporanny najazd na Studenta nie zdążyłam  obejrzeć tłukących się pod naszym domkiem Wikingów. Zaspałam. Zdążyłam tylko się ubrać, wybiec na boso z aparatem w ręku, tylko po to by zobaczyć jak właśnie się zwijają. A z resztą aparat i tak był zepsuty.
Rano odbył się nadprogramowy LARP, w którym nie brałam udziału, ale o którym wiele mi potem opowiadano. Podstawą tej gry była pewna flaszka, ale nie była to gra w butelkę. Zasady były bardzo zwięzłe i sprowadzały się do instrukcji "weź do buzi, potrząśnij a potem połknij". Prawda, że proste?

To może teraz porcja plotek, których na Konturze lęgło się mnóstwo. Te dotyczą Sławka Sączka. Podobno był on bardzo agresywny, podobno zbił Harcerza, nie chciał nikogo wpuścić do baru i demolował ławki. Poza tym rozwalił cały domek, tak że ślad po nim nie pozostał i nie mógł potem do niego trafić, co jest w tym przypadku zrozumiałe. (Nikt potem nie był w stanie odnaleźć domku nr 9. Organizatorzy są nie pocieszeni, musieli składać się na opłatę za niego, ale z ulgą informują, że reszta domków stoi jak stała. Nikt ich nie zabrał.) Sączek stał się też słynnym Badaczem Grawitacji, szukając jej bacznie i wytrwale. Nic nie wiadomo o powodzeniach tych badań. Próbował też wyjechać ze szklanką, ale w ostatniej chwili mu ją odebrano. 
Trudny do umiejscowienia w czasie jest konkurs Monty Phytonowski. Świadkowie twierdzą, że się odbył. Pokazywano nawet pewną grupkę ludzi pod drzewami i mówiono, że właśnie tam i teraz się on odbywa. Nic więcej na temat tego tajemniczego konkursu  nie wiadomo. Sam fakt, że nikt nic o nim nie wie, a jednocześnie wszyscy twierdzą, że był, jest tak absurdalny jak humor tej angielskiej grupy komików. Świadczy to wybitnie o tym, że musiał się rzeczywiście odbyć. Jeszcze bardziej tajemniczy okazał się konkurs komiksowy, o którym kompletnie nic nie słyszałam. Te wszystkie nieścisłości, to najprawdopodobniej wina zbyt ostrego słońca i upału. Tak, to wszystko przez słońce.

Foka (kolejna siostra) zaskoczyła i lekko przeraziła obsługę baru prośbą o bardzo duże popielniczki, nie wyjaśniając do czego miałyby być jej potrzebne. Może do rozwalania ich komuś na głowie. Ale nie, popielniczki tych rozmiarów potrzebne były do właśnie zaczynającej się na ganku jednej z odsłon Szpakowiska. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że skrót SZPAKI, to nazwa sekcji w klubie Ubik, a jego rozwinięcie brzmi: Sekcja Ziarna Prażonego ale Konsumowanego Inteligentnie. Zatem łuskaliśmy i konsumowaliśmy inteligentnie olbrzymie ilości pestek słonecznika. Chyba nie muszę wyjaśniać aż tak dokładnie, po co były popielniczki? Jeśli ktoś nadal nie wie, niech się zapyta mądrzejszych. Okazało się, że w moim aparacie kliszy nie ma, co niestety nie zmieniło faktu, że jest on zepsuty. Ale i tak otoczenie miało ze mnie dużo radości. Atmosfera była piknikowo - biwakowa, aż dziw że było tak dużo chętnych do konkursu na wojownika. Może każdy czuł się mężny i silny. Pierwszą konkurencją było strzelanie z łuku. Tylko w niej udało mi się zdobyć punkty, pomimo tego że nogi trzęsły mi się okropnie, a łuk miał jakieś dziwne celowniki i bączki, których nie lubię. Kolejna próba to rzut toporkiem do celu. Kompletnie się nie popisałam. Gdy już wszyscy wykonali swoje rzuty, z tarczy zrobionej z kilku desek ostała się tylko jedna i to mocno zmaltretowana.
Udało mi się po długim czasie wyżebrać od Studenta jego aparat (głuptak, to chyba kara za grzechy). Ale i tak musiałam poleźć z nim na górkę, bo życzył sobie zdjęć z widokami ze sobą na głównym planie. Zdjęcia zrobiłam, aparat zabrałam, włożyłam swoją kliszę i szczęśliwa pobiegłam robić zdjęcia. A tu nic! Nie działa! Już się przestraszyłam, że zdążyłam zepsuć kolejny aparat, ale na szczęście okazało się, że to tylko kwestia źle włożonego filmu. Aczkolwiek Student zaproponował mi żebym zmieniła zawód. Zastanowię się.
Następna próba wzbudziła wiele radości, zwłaszcza wśród oglądających. Dwoje ludzi, z oplątanymi tą samą liną nogami, usiłuje się przewrócić nawzajem, tylko przy użyciu ruchów nóg. Wesoły widok, szczególnie gdy już ktoś upadał. Jednym z przeciwników był zawsze ten sam Wiking, żeby była jakaś sprawiedliwość. Nasz naczelny dzielenie stawał, ale i tak legł pokonany. Dało się słyszeć, że "Gildia upadła". Ja osobiście szybko przywitałam się z matką ziemią. Brak techniki i (zwłaszcza) odpowiedniej masy. Mistrzem w tej konkurencji okazał się Olczak, który Wikinga może nie powalił, ale zmęczył go okrutnie niewzruszenie stojąc w miejscu i biernie niemalże opierając się wszelkim szarpaniom i wysiłkom przeciwnika.
W następnej konkurencji należało wybić nóż wbity w pionowo ustawioną deskę. Kijek między nogi, parę skoków, nóż wypadał albo nie, a niektórzy panowie zaczynali mówić cienkim głosem. Po podliczeniu punktów nastąpiła dogrywka dla prowadzących w klasyfikacji. Był to bieg na czas. Niewielkim utrudnieniem był fakt, że biegnący miał na sobie kolczugę, hełm, dwie tarcze, a dwóch Wikingów biegło za nim oklepując go mieczami po głowie i po tych tarczach. Niektórzy próbowali odgryzać się napastnikom atakując ich trzymanym w ręku toporkiem, jeden kandydat na wojownika przegrał z siłą odśrodkową na zakręcie i się wywrócił. A Olczak znowu zadziwił wszystkich. Dostojnie i bez pośpiechu pokonał cały dystans, cierpliwie pozwalając okładać się po łbie. W efekcie końcowym w pierwszej trójce znaleźli się: Żyrafa, Olczak i Dziki. W jakiej kolejności nie pamiętam, może ktoś z Was sobie przypomina?

Po południu rozpoczęło się Forum Fandomu, na którym omawiano plany konwentowe. Opowiedziałam w skrócie o Teleporcie oraz o Nordconie, bo Papier i Boguś gdzieś się zawieruszyli. Olczak aktywnie brał udział w forum - chrapał zmęczony, zapewne zmaganiami podczas turnieju na wojownika. Gdy zaczęto rozprawiać o Worldconie, który jest daleko, jest drogi nie zamierzam na niego jechać, wyszłam na zewnątrz, skąd machał do mnie mój brat Panek. W końcu zebrała się prawie cała obecna na Konturze rodzinka, bo jeszcze byli Dawid, Kamil i Foka. Rozmowa, którą toczyliśmy była dosyć drastyczna, jako że opowiadaliśmy sobie o swoich różnych wypadkach i urazach. Domyślam się, jednego z braciszków bardzo ta rozmowa zainspirowała. Widać z tego za mało się chwaliłam moimi wypadkami, bo wieczorem usiłował (skutecznie) nadrobić moje rzekome braki w tej dziedzinie używając do tego celu niewielkich ilości betonu. Ale o tym później.
W naszym pokoju Wikingowie zainstalowali pułapkę w postaci przeciągniętego przez sam środek i dosyć wysoko kabla. By przejść przez pokój należało skakać. Ofiar w ludziach nie było (a przynajmniej nie z tego powodu).
Na spotkanie z Anną Brzezińską, Tomaszem Pacyńskim i Dominiką Repeczko ściągnęły tłumy. Publiczność brała aktywny udział w spotkaniu, czasem nawet zbyt aktywny i trzeba było ją uciszać (rząd drugi proszony o ciszę). Dyskutowano nad tym jak powinno się pisać by zadowolić wydawcę, czytelnika i samego siebie. Znowu pojawiła się kwestia słynnych już wielokropków. Oj dużo ich tym razem w moim tekście. Było dużo porad dla młodych pisarzy i publicystów. I znowu okrzyk "drugą ławkę proszę o ciszę". To na prawdę nie my. A przynajmniej nie tylko my. Sporo było też mówione o męce wydawców zalewanych masą różnej jakości tekstów. Obiecuję, że tego ani innego mojego tekstu nie wyślę nigdy do żadnego z wydawców. Ale na Gildii będą się ukazywać nadal. Macie pecha.
Pospotkaniu poszłam nad jezioro porozmawiać z komarami. Były zbyt rozgadane, wręcz krzykliwe i się czepiały. Własnych myśli człowiek nie słyszał. Wróciłam z komarowa prosto na ognisko. Obył się krótki konkurs strojów i wręczenie nagród.

Wieczorem Artur "Ognisty Kciuk" Panek przyniósł do baru pewną flaszeczkę z niezidentyfikowaną zawartością łatwopalną i rozpoczął kameralne Kciuk Party. Sączek odmówił tak podpalania kciuka, jak i spożywania tej zbrodniczej substancji. Zresztą bez podpalania by jej nie dostał. Wysnuto teorię, że dlatego był potem agresywny, bo nie brał aktywnego udziału w Kciuk Party. Z baru Kciuk Party przeniosło się nad ognisko, gdzie odbyła się jego główna edycja. Cały czas trwało też Szpakowisko. Około kilogram, albo więcej, zostało inteligentnie skonsumowane. Kciuk Party było imprezą ruchomą, dużo później przeniosło się na ganek. Tam też odbyła się jego druga, bardziej zabójcza edycja. Nie dane mi było jednak tego doczekać. Wcześniej zdążyłam zasnąć. Jeden z braci moich - Kamil usiłował, być bohaterski i przenieść mnie  w miejsce bardziej nadające się do spania ale w efekcie końcowym wywrócił się i trafił mną w tą niewielką ilość betonu, która była w okolicy (a przynajmniej tak twierdzą świadkowie). Jako że obydwoje byliśmy aktywnymi uczestnikami Kciuk Party, to musiało się tak skończyć. Siłą bezwładu nabawiłam się wstrząsu mózgu, Kamilowi pozostał guz i złe wspomnienia.
Podobno badał nas naczelny ginekolog Fandomu, z czego wynikły dziwne plotki i pomówienia. Były jakieś plany wzywania karetki, ale w końcu odtransportowano mnie do domku, już większą ilością osób. Sceny te zostały potem uwiecznione w kadrach komiksu Konturowego. Mam nadzieję, że będę mogła Wam je zaprezentować. Zaczęła się rozchodzić teoria, że usiłowałam udowodnić iż mam najtwardszą głowę. Udało mi się to znakomicie.

Z rana zdziwiło mnie to, że co chwilę ktoś przychodził do mojego pokoju i pytał czy żyję, czy mnie głowa nie boli itd. Faktycznie głowa mnie bolała i helikopter w ogniu, znaczy się w głowie mi się kręciło, ale mógł być to efekt uczestnictwa w Kciuk Party. I pewnie początkowo był. Z upływem czasu zamiast słabnąć efekt się nasilał. Zrezygnowałam z możliwości powrotu samochodem z Papierem, Bogusiem i CD Jackiem. Nie dałabym rady. Papier przed wyjazdem polecił mi zrobić dwa badania - rentgen czaszki zrobiłam, a drugie - Papier, daruj sobie, od betonu jeszcze nikt...
Po spakowaniu się przy dużej pomocy Kamila przeniosłam się (również przy jego pomocy) do domku organizatorów i z kolei tam zaległam w charakterze zwłok. Reszta domków stopniowo pustoszała, wszyscy pakowali się, żegnali i wyjeżdżali. Kontur się kończył, choć dla mnie potrwał on trochę dłużej. W piątce nadal było pełno ludzi, trwała kolejna mini-sesja Szpakowiska i o zgrozo! Krążył trunek z drugiej  edycji Kciuk Party. Z daleka ode mnie! Wreszcie około 14.00 wszystkie domki były już puste, również piątkę należało zdać. Wbrew wcześniejszym założeniom i moim ambitnym planom nie udało mi się dojść samodzielnie do przystanku autobusowego. Upadłam po drodze. Moje rzeczy zostały przejęte a mnie wzięli pod ręce i prowadzili Artur i Kamil. Po krótkim postoju (siedzeniu w moim przypadku) na ganku baru, cała ekipa ruszyła w kierunku przystanku.
W Białymstoku zwiedziłam bezwiednie jakiś skwerek, okupowałam na leżąco jakąś ławeczkę, w końcu zostałam troskliwie umieszczona z kompresem na głowie, na jakimś tapczanie. Nie miałam nic robić oprócz przychodzenia do siebie. Ekipa ratunkowa naradziła się i ustaliła, że mam tak leżeć do wieczora aż będzie mi lepiej. Wtedy mnie zaprowadzą do mojego wujka. W obecnej wtedy formie mogłabym spowodować jego zawał. Gdyby nic się nie zmieniło, albo było gorzej miałam trafić na pogotowie. Wszyscy poszli, Artur został, ja  sobie wegetowałam. W ramach zabijania nudy (zdechła od tego od razu) i poprawiania mojego samopoczucia Artur odczytywał mi całe fragmenty z wielce interesującej książki "Medycyna Naturalna" wydanej dawno temu. Cóż tam były za ciekawe porady i informacje! Jeden z ciekawszych fragmentów był instrukcją jak myć obłożnie chorego. Przewijały się przez tą instrukcję stosy poduszek, ręczników, pudru i klepania. Należałoby urządzić na jakimś konwencie konkurs mycia chorego dokładnie wg tych wskazówek. Ciekawe ilu osobom by się ten trudny proces udał bezboleśnie dla poszkodowanego. Pamiętam tylko kilka ciekawych sformułowań takich jak: dół podkolanowy, szpara międzypośladkowa, dół pachowy. Liczę na to że otrzymam ksero stron z tymi najlepszymi. W każdym bądź razie zostałam ostrzeżona przez Panka. Jeśli nie wyzdrowieję, to zostanę poddana procesowi pudrowania moszny i klepania pośladków. A poza tym klub Ubik nie wymyślił jeszcze jaki konkurs nazwać moim  imieniem, do tego czasu zejść z tego świata nie mogę. Od razu mi się zrobiło lepiej po tych słowach, zwłaszcza gdy pomyślałam o pudrowaniu moszny...
Wieczorem już o własnych siłach, ale pod eskortą Artura dotarłam do mojego wujka. Tym sposobem zwiedziłam kolejne fragmenty Białegostoku, między innymi jakiś bar, o który się opierałam czekając na autobus. Widziałam też jakieś ruchliwe skrzyżowanie i przechodziłam przez niebezpieczne przejście. Nazw nie pamiętam, ale i tak widziałam więcej miasta niż przeciętny uczestnik konwentu. Do domu wróciłam dopiero w poniedziałek a we wtorek trafiłam mimo wszystko do szpitala, ale to już nie istotne dla relacji. Z konieczności niejako przedłużyła się ona o opis tego co działo się już po zakończeniu Konturu. Dla mnie jednak była to część wyjazdu.
Zanim zakończę tą relację chciałabym podziękować gorąco wszystkim, którzy się mną zaopiekowali, prowadzili, nieśli rzeczy, itd. Zwłaszcza mojemu kochanemu bratu  Arturowi, który stracił na mnie najwięcej czasu i czytał mi tą wspaniałą książkę. Kamilowi również dziękuję za troskliwą opiekę, przez co później spóźnił się na pociąg. Nie będę wszystkich po kolei wymieniać, nie chcę kogoś pominąć, a pamiętam to wszystko raczej mgliście. Dziękuję więc jeszcze raz wszystkim razem.

Nie będę oceniać Konturu, gdyż jest on konwentem nietypowym (i jeszcze bardziej nietypowo się dla mnie skończył). Organizacji można by dużo zarzucić, znikające konkursy, opóźnienia lub radykalne zmiany w programie, ale uczestnicy byli zadowoleni i dobrze się bawili. Zresztą zmiany programowe wynikały po części z lenistwa uczestników. Degustacja w każdym bądź razie przebiegała sprawnie. Blok Wikingowy udał się, według mnie bardzo dobrze. Pogoda była znakomita, atmosfera wśród ludzi wesoła i przyjazna (w większości przypadków). Na kolejny Kontur pojadę zapewne, będę tylko bardziej ostrożna podczas Kciuk Party. A na zakończenie pytanie. Od czego po konwentach boli głowa?

Klikając tutaj trafisz na temat dotyczący wspominek Konturowych na naszym Forum. Zapraszamy.



blog comments powered by Disqus