Recenzja Grega

Autor: Greg K1ler
1 marca 2006

Setting: szkoła o nieortodoksyjnym ukształtowaniu, za oknami zima, że hej, w międzyczasie sesja dla studentów, czas na wytchnienie. Czego chcieć więcej? Ano właśnie, czegoś zabrakło. O tym jednak później.

Konwent był czterodniowy. I tu zaczyna się problem, choć podkreślić trzeba, że to raczej zależy od zainteresowań konkretnych osób. W dzień pierwszy i ostatni prelekcji dla fanów fantastyki w postaci literackiej odbyło się jak na lekarstwo. W czwartek jedna stricte naukowa, prowadzona zresztą przez GNP, a potem już same poświęcone RPG oraz w klimacie antycznym. Sala kinowa dopiero od północy. Krótko, jako że mieszkam w Krakowie, skończyłem konwentowanie w domu razem z przyjaciółmi.

W piątek było już o wiele lepiej. Nie stawił się co prawda zapowiadany Andrzej Ziemiański, ale za to inne gwiazdy dopisały. Dwóch innych Andrzejów - Sapkowski i Pilipiuk jak zwykle zgromadziło na swoich spotkaniach tłumy. Trzeba było zagospodarować salę gimnastyczną w celu pomieszczenia słuchaczy autora wiedźmińskiego cyklu. Niestety ten po prelekcji szybko zniknął i... właściwie tyle go widziano. Pojawił się dopiero dnia następnego. Miło było posłuchać Jacka Komudy i jego opowieści o starciach z grą komputerową "Wiedźmin", do której pisał scenariusz. W sobotę fantastycznie opowiadał na temat prawdziwego oblicza piratów z Karaibów.

Moim odkryciem na Krakonie okazał się być Marcin Przybyłek, autor cyklu opowiadań o Torkilu Aymorze, komputerowym detektywie. W życiu prywatnym prowadzi szkolenia osobowości, do których sam też się stosuje. Potrafi zjednać sobie publikę, opowiada niezwykle intrygująco. Prelekcja o sprawach damsko-męskich, kontaktach międzyludzkich - hit numeru. Spotkanie autorskie będzie można odsłuchać w formie *.mp3 już niedługo na stronach Nowej Gildii.

Grzędowicz i Kossakowska w mojej opinii także nie zawiedli. Z bólem należy jednak stwierdzić, że program dla fantastów na tym się skończył. Dużo erpegów, wiele gier, bitewniaki itp., itd.. Za mało literatury i nauki popularnej. Dzięki mało napiętemu planowi zajęć mogłem jednak zajrzeć kilka razy do games-roomu, który jak widać staje się sztandarowym punktem konwentu. Stanowi doskonały przerywnik, miejsce do przeczekania, a także reklamę planszówek. Strzał w dziesiątkę.

Trudno mi to wszystko podsumować, z jednej strony zawsze to konwent, ale uczucie niedosytu pozostaje. Być może formuła takiego prowadzenia konów trochę się już wyczerpała albo to ja marudzę. Na to wszystko nałożyła się jeszcze bardzo brzydka zima, deszcz, co bardzo ujemnie wpływa na nastrój i możliwości zabawy na świeżym powietrzu. Czekam zatem na Conquest i promienie słońca, a także atmosferę Starego Portu.



blog comments powered by Disqus