Recenzja konwentu Polcon 2007

Autor: Greg K1ler
18 września 2007


Interesujące przeżycie. Po raz pierwszy w mojej konwentowej „karierze” pojawiłem się na zlocie z kolegami bardziej z sentymentu niż to z wielkiego zapału. Tak to jest. Po pewnym czasie prelekcje zaczynają się powtarzać, zupełnie jak i prelegenci. Jedzie się na drugi koniec kraju bardziej w celu spotkania się ze znajomymi, a program zostaje gdzieś w cieniu. I do organizatorów, w mojej opinii, należy, by temu zapobiegać.
A jak było na tegorocznym warszawskim Polconie?
Hucznie, a jednocześnie nijako. I trudno mi stwierdzić, czy winą obarczyć realizatorów, umiejscowienie, czy może samego siebie. To ostatnie można raczej odrzucić, gdyż zawsze o tej imprezie miałem dobre zdanie. A tu niespodzianka…
Pierwszy błąd widoczny jak na dłoni. Zamiast skupiać towarzystwo, znacznie je rozstrzelono. Hotel Gromada to potężny budynek, łatwo w nim zaginąć. Pomimo tych dwóch tysięcy osób, nie było tego widać na korytarzach.
Napisałem powyżej, że było hucznie. I rzeczywiście, przy takiej liczbie sponsorów i dobrych ludzi, nie mogło być inaczej. Suma nagród w konkursach podobno przekroczyła 70 tys. złotych, co przełożyło się na to, że nawet zajęcie ostatniego miejsca gwarantowało zdobycie fajnego gadżetu. O tyle świetnie to zorganizowano, że po skończonej rywalizacji dostawało się pewna liczbę kredytów (wyglądały jak pieniądze z Eurobiznesu), które następnie wydawało się w polconowym sklepiku. A tam raj na Ziemi, cud, miód i orzeszki.
Pieniądze wpłynęły też bezpośrednio na liczbę gwiazd, jakie odwiedziły konwent. Williams, Duncan, Kandel, Achilleos. Do tego śmietanka polskich twórców, fanów i tłumy ludzi przyciągniętych przez reklamy telewizyjne i radiowe. Przyznam, że byłem zdziwiony, gdy w Antyradiu usłyszałem ciepłe słowa na temat Polconu i zachętę do przybycia.
Początkowo program zapowiadał się nieźle. Okazało się jednak, że omawiane tematy są już mocno oklepane i największą radochę sprawiły wspomniane konkursy, gdzie można się było popisać zdolnościami aktorskimi, wiedzą, czy choćby poczuciem humoru. Kalambury jak zwykle rządzą i już po raz kolejny chylę czoło profesjonalnie grającym drużynom. No tak, tyle że naprawdę ciekawą prelekcję znaleźć było trudno. Zdanie to jest jednak subiektywne i może być krzywdzące.
Obiektywne jest za to stwierdzenie, iż tak tragicznego, dramatycznego wręcz, pod względem gastronomicznym konwentu nie widziałem nigdy. Wstyd. Na terenie hotelu zjeść czy wypić coś konkretnego w rozsądnej cenie po prostu się nie dało. ”Barek z grillem i piwem” znajdujący się na tarasie świadczył jedynie o tym, że konwent odbywał się w Warszawie (tak, to jest bezczelny sarkazm). A przecież przybyły także osoby nie dysponujące nadmiarem gotówki. Przepraszam, ale kto to widział wciskać konwentowiczom małe piwo za złotych sześć, czy pączka za złotych trzy itd. Zakazano wnoszenia własnych produktów, dopiero później zezwolono na zamawianie pizzy. To spowodowało, że tylko z rzadka pisarze integrowali się z fanami przy wspólnym stole i brakło tej atmosfery, nierozerwalnie związanej właśnie z Polconem.
Są jeszcze dwa plusy w tym gąszczu minusów, jakich już więcej nie wspomnę. Nie o to chodzi, by ganić, zwłaszcza że sporo pracy jednak w przygotowania włożono.
Primo – obszerny games room, wypełniony po brzegi, oraz sala bitewniaków, jeszcze większa i bardziej tłoczna. Do tego gry wideo i inne, podobne atrakcje. Jak ktoś miał taką chęć, mógł właściwie z tych pomieszczeń nie wychodzić. Super sprawa, tyle że już dość normalna i nie zrobię wielkiego wow.
I tyle. Było komercyjnie i nijako. Tak chyba należałoby to podsumować W przyszłym roku oczywiście się pojawię. W końcu to Polcon. Co miasto, to obyczaj.

P.S. Jestem szczęśliwym posiadaczem torby polconowej, z którą każdy wygląda jak Teletubiś.
P.S.2 Najlepsze after-party, na jakim byłem.




blog comments powered by Disqus