Relacja z Sugoi Sakura

Autor: PIT

Z niespokojnego snu, obudziło mnie przeraźliwe wycie mojego budzika. Właściwie to ten budzik był pożyczony, bo w domu nie mogłem znaleźć działającego... Sygnał capstrzyk armii Amerykańskiej i hasło "Wake up", wyrwał mnie ze snu... Wybiła właśnie 3:30. Szybka toaleta i mogłem zabrać się do przygotowania śniadania, a następnie wałówy na drogę. :P Wreszcie byłem gotowy do wymarszu. Nastała godzina 4:30. Po dotarciu na "moto-nogach" do stacji w Poraju, postanowiłem sobie łaskawie poczekać na pociąg do Częstochowy, który miał przyjechać o 5:02 (nie martwcie się, nie wszystkie fakty będą tak dokładnie opisane :)). Nigdy wcześniej nim nie jechałem, tzn. tak wcześnie, więc zaskoczyło mnie, że skład był dość krótki, co zmusiło mnie do kolejnego wysiłku polegającego na podejściu do pociągu :). Po zajęciu pozycji podróżnej, czyli siedzącej, przez 18 minut podziwiałem znane od 9 lat widoki przewijające się za oknem pociągu. Wreszcie dotarłem na miejsce, stacja Częstochowa Główny, jest mi dobrze znanym punktem tranzytowym wszelkich podróży z wykorzystaniem środków PKP. Dzień wcześniej, umówiłem się z Arniem, że poczekam na niego przy kasach... Nie wiem, może bał się, że się zgubi? :P Przybył na stacje zadziwiająco punktualnie, co pozwoliło nam na nie śpieszne dotarcie na peron 3, z którego miał o 5:45 odjechać nasz pociąg do Koluszek. Spotkaliśmy tam koczujący już Kami Squad :))) Pociąg został podstawiony na kilka minut przed odjazdem, więc zajęliśmy w nim miejsca, co by później nie stać. Ach ten wspaniały komfort podróży w "jednostkach". Twarde, plastikowe siedzenia miały nas jeszcze nie raz prześladować w czasie tej wyprawy. Rozpoczęły się rozmowy między naszymi grupami... No tak... zapomniałem powiedzieć, kto jechał, hie hie. Z naszego kofanego CrazySquadu pojechałem ja (PIT) i Arnie-kun. Reszta grupowiczek nie mogła z różnych przyczyn nam towarzyszyć na konwencie. :( Z bratniego Kami Squadu pojechali Logan i AFEK. W czasie długiej podróży nastąpiła integracja squadów (nie, nie żadne yaoi! ^^' - dop. Arnie-sana). Rozmowy kręciły się w wokół anime (jakby ktoś nie wiedział - dop. autora), telefonów komórkowych, w które zaangażowali się Arnie i Afek (abonenci IDEI... co może tłumaczyć wszystko), życia i wielu innych tematów, które przyszły nam do głów. Zanim dojechaliśmy do Koluszek, moje gardło już było mocno nadwyrężone przez śmiech i przekrzykiwanie się, a raczej przekrzykiwanie hałasu wytwarzanego przez nasz środek lokomocji.

Koluszki okazały się być małym miastem. No cóż, życie to nie film i nie zawsze jest tam bal :). Mieliśmy 2 godziny do odjazdu następnego pociągu do Tomaszowa Mazowieckiego. Czas ten postanowiliśmy sobie skrócić wycieczką po "mieście". Zanim wyruszyliśmy w drogę, nastąpiło uzupełnienie zapasów tkanki tłuszczowej na dworcu. Po posiłku ruszyliśmy przed siebie. Idąc tak w kierunku sprzecznym z ruchem wskazówek zegara, przekroczyliśmy tory kolejowe kierując się w stronę jakiegoś osiedla. Po pewnym czasie zauważyłem w pewnym oddaleniu do obranego przez nas szlaku, znany i u nas sklep samoobsługowy "Biedronka". Z myślą o uzupełnieniu zapasów żywności i zapełnieniu czasu, którego mieliśmy w nadmiarze, postanowiliśmy zobaczyć czy nas tam nie ma :). Okazało się, że jeszcze tam nie dotarliśmy, więc po zabraniu dwóch wózków wkroczyliśmy na teren sklepu. Przechodząc obok stoiska z pifami ;P moje myśli dały sobie wolne, dlatego kiedy dotarłem w okolice półeczki z pieczywkiem, wszystko co robiłem było pozbawione całkowicie kontroli, racjonalności i zgodności. :) Biorąc do ręki chlebek pocięty w kromeczki, jedyne co przyszło mi do głowy to to, że jest świeży... Dlatego następne czynności były całkowicie przypadkowe i nie wynikające z mojej złej woli... Na pewno zostało to nadszczegółowo opisane przez Arniego, więc nie będę się wypowiadał narzucając na ten incydent, o ile to coś tak można nazwać, zasłonę milczenia :))) Po drodze do kas Afek zaproponował kupienie kubełka lodów, na co się wszyscy zgodziliśmy. Przy zamrażarkach znaleźliśmy pudło z patyczkami do lodów więc wzięliśmy po dwa dla każdego. No, powiedzmy, że wliczając cały woreczek patyczków, który wziął ze sobą Afek, było ich trochę więcej. Przy kasie okazało się, że na teren sklepu nie wolno wchodzić z plecakami, hihihihihi, no cóż, ta informacja była lekko spóźniona. Pani kasjerka była mocno tym faktem zirytowana a widok całego woreczka patyczków do lodów, które Afek rzucił obok kubełka z takowym towarem, wywołał u niej chyba napad złości, bo powiedziała, że "można brać tylko po jednym", a pytanie ile one by kosztowały skwitowała dość niemiłym "Chyba chłopcze żartujesz.", a potem dodała "A weźcie je sobie!". Logan przechodząc obok niej pochwalił ich winogrona, które bardzo mu smakowały :P Po wyjściu ze sklepu nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu, przekonani, że nie będziemy mile widziani tu do końca naszego życia... a co tam, to było tego warte. ;) Po dotarciu do stacji ( jakim cudem bez mapy? ;) ) zastaliśmy czekający na nas pociąg. Po półgodzinnym czekaniu, które wykorzystaliśmy na konsumpcję, jak drzewiej bywało z jednej miski, lodów.

Po kilku zdrowaśkach jazdy wylądowaliśmy w Tomaszowie Mazowieckim, dalej dla oszczędzenia sobie czasu, nazywanym TM :). Na ścianie dworca znaleźliśmy ulotkę informacyjną zostawioną przez Orgów, ze wskazówkami jak trafić na party place. Mięliśmy problem ze zdobyciem jeszcze tylko informacji jak będzie wyglądała nasza podróż powrotna, ale to szczegół techniczny nie warty wspominania. Po opuszczeniu (chyba lubię opuszczać wszystko, bo nadużywam to słowo) budynku dworca PKP, udaliśmy się do najbliższego kiosku, w celu zakupu biletów miejscowego MZK. :) Oczywiście TM jest tak wielkim miastem, że musi mieć podział na strefy, co wywołało w nas (w Cze-wie są tylko miejskie i za miejskie bilety) lekką panikę (jakbyśmy przeczytali jakie bilety zalecają Orgowie kupić nie było by problemu), ale pani kioskarka po usłyszeniu miejsca docelowego, sprzedała nam właściwe bilety. Z powodów od nas zależnych :) nie pojechaliśmy najbliższym dostępnym autobusem, ale co się odwlecze to nie uciecze. Pojechaliśmy następnym z innymi konwentowiczami przybyłymi do TM. Po najwyżej ośmiu minutach jazdy i kontroli kanarków, którzy z zaskoczenia wypadli z tłumu pasażerów, dotarliśmy do "Parku Rodego" lub, jak uparcie powtarzał Afek, "rodnego" >)))).

Dzięki mapie, którą zdobyliśmy na dworcu o mało się nie zgubiliśmy (hehhh... jako stary partyzant, powinienem przejąć ją z rąk tego żółtodzioba Afka). Dzięki jednak miłościwie nas obserwującego "Wielkiego Otaku", gdzieś tam wysoko w niebie, udało się nam dotrzeć na miejsce. Po znalezieniu punktu rejestracji ofiar... khem... chciałem powiedzieć konwentowiczów, zgodnie z wymogami stawianymi przez orgów, uiściliśmy opłatę za wstęp w złotych polskich (innych środków płatniczych nie uznawano). Przy okazji okazało się, że numery ID, które przy okazji rezerwacji, zostały przypisane konwentowiczom, były tylko dla picu, bo w żaden sposób nie zostaliśmy sprawdzeni przy ich pomocy, ba nawet w ogóle odhaczeni na żadnej liście obecności. Gdy zapłaciliśmy za wstęp, wręczono nam informator i identyfikator. Hehehe... fajny nawet, taki kawałek tekturki z nadrukiem i dziurką przez którą przewleczony był sznurek do słomowiązałki. :) Wypisanie nicków zajęło trochę czasu, bo środki brudzące papier były mało wydajne. :) Wreszcie weszliśmy na teren konwentu i... siedliśmy przy kibelkach dla nabrania sił przed wrażeniami jakie mieliśmy nadzieję przeżyć w ciągu reszty dnia i nocy. Niestety od chwili dotarcia na miejsce, czyli około godziny 11:30, nic się nie działo ciekawego. Na "kinówce", która okazała się być salą gimnastyczną, nic nie dało się oglądać. Ekran, sklejony z kilku pasków białego papieru dawał trochę zniekształcony obraz z rzutnika, oczywiście wtedy, czyli około południa, nic nie było na nim widać, bo orgowie nie zadbali o dostateczne zaciemnienie sali, co starali się naprawić, z niejakimi (na nasze szczęście) skutkami. Nie wiem czy cokolwiek wcześniej ludzie mogli zobaczyć w tych warunkach (od 10:30 miał być pokazywany Oh! My Goddeeess the Movie [PL] ), ale sądząc po tym co zastaliśmy koło południa, nic poza plsubem nie było widać. Darowałem sobie obejrzenie Cowboy Bebop the Movie [PL], oczywiście nie z tego powodu, że go nie lubię, ale nic moimi oczętami nie widziałem. Nooo.. coś tam widziałem, ale jakoś w tym momencie jeszcze byłem przekonany, że czekają na mnie inne atrakcje, a ten film i tak sobie obejrzę w domku. :) Niestety, moje nadzieje spełzły na niczym. Nasze "Koczowisko Kami & Crazy Squadu" wtopiło się na stałe w pejzaż korytarza, a raczej holu, przy którym znajdowały się kibelki. ;) Tak jakoś minęła pierwsza i druga godzina. W między czasie oczywiście zwiedziłem obiekty konwentu, dowiedziałem się o możliwościach zamówienia DVD, poznałem w realu Cashuba od którego dostałem Gravitation... ZA DARMO!!!! :)))))))) [Yuuuuki Yuuuuki *_* - dop. Taomi ] Zajrzałem do First ANIME ROOM, gdzie akurat leciało moje aktualnie ulubione anime, jakim jest Vandread (SS). Hehe, nie wiem który z "obsługujących" ten room (Shogoon, Krauzer) był obecny, ale dopuszczenie do najmniej 5 sekundowego przesunięcia dźwięku z obrazem jest skandalem. Scena na jaką akurat trafiłem wywołała u mnie atak histerycznego śmiechu (na ekranie było widać jednego gościa - starszy facet - a tu nagle zamiast jego kwestii z głośników rozlega się miluśki damski głos mówiący "kawaii". Nie wiem dlaczego nikt, poza mną i jeszcze dwoma znajomymi znajomkami, się z tego nie śmiał? ;)). Uznałem za stosowne opuszczenie tego pomieszczenia zanim mnie wyproszą. :P Mijały minuty i godziny, a ja plątałem się bez celu. No, może z tym bezcelowym plątaniem to lekka przesada, bo w końcu od 14 ileś tam (plany konwentu zaczęły brać w łeb od chwili jego rozpoczęcia), zaczął się konkurs Karaoke :)... albo Cosplay... hehehe, jest dopiero 22:13 w niedzielę 21 lipca, a jajuż mam luki w pamięci ;). W każdym razie, Cosplay był wyjątkowo krótki, ograniczony do przedstawienia się kandydatek (same panie - hie hie) i po wszystkim. ;D Karaoke było o wiele lepiej zorganizowane, co mnie miło zaskoczyło. Prowadząca konkurs wykazała się znakomitym talentem wokalnym czego dowody dała wielokrotnie w pierwszej połowie konwentu. :)))) Mam tylko parę zastrzeżeń co do dźwięku... a może obsługi miksera? Nieważne. :) Podobało mi się i tyle. Po karaoke nastąpiła zmiana planów, zamiast Lupin III - The Castle of Cagliostro, prosto z manufaktury Atarashi Fansubs, został pokazany kinowy Escaflowne :))) w wersji beta, tylko i wyłącznie do pokazania przedpremierowego na Sugoi Sakura. Obejrzałem z niekłamaną przyjemnością ten film, co dało mi pewną nadzieję, że jednak ten konwent nie będzie stratą czasu (tak, tak, wiem o tym, że na konwenty nie jeździ się po to, by oglądać anime, ale po to by poznawać ludzi). Po skończeniu się Eski, udaliśmy się pospołu do Second ANIME ROOM, w celu śledzenia konkursów wiedzy o mandze i wiedzy o Japonii. Uczestnicy, w tym Logan (KS), zajęli swoje miejsca przed obliczem jury (to nie jest to samo co 'yuri' ;)), by odpowiedzieć na trudne pytania z tej rozległej dziedziny wiedzy. Niestety nasz faworyt (mowa o Loganie), miał pecha z losowanymi pytaniami i odpadł z konkursu. Kto wygrał, nie pamiętam. :) Potem był konkurs wiedzy o Japonii, który stał na wyższym poziomie niż ten o mandze. Walka toczyła się do ostatniego pytania. I również nie pamiętam kto wygrał... ale nie mam pamięci do imion, a co dopiero do niektórych zajebiście zajebistych nicków ;)))) Jakoś tak zeszło do 19. O tej godzinie miał się rozpocząć koncert dwóch KAWAII <ślinotok> panienek: Kura & zespół o nazwie Arai :D. Na ten koncert przyszło czekać nam do 20. Tak jakoś w tzw. międzyczasie :) byłem światkiem nieoficjalnego konkursu skoków wzwyż i w przechodzeniu pod poprzeczką. W tym akurat konkursie niezaprzeczalnie największą furorę wzbudziła koleżanka w niebieskiej spódniczce (Ayaka ze SWATu), którą podciągała baaardzo wysoko. ;))))) Co poniektórzy uwiecznili to na zdjęciach... Tak jakoś minęło kilkadziesiąt minut przerywanych na rozmowy z ludźmi, których nicków nie pamiętam :( i na obserwowaniu pełnej już improwizacji w wykonaniu orgów. Ogłoszenie wyników Karaoke nie było dla mnie zaskoczeniem (pozdrówka dla Asuki (czyt. Aska :)) i cosplayu i fanarts. Nie pamiętam, o której się zaczął konkurs na wiedzę ogólną o konwencie, ale jego przebieg był dość zaskakujący. Wybór uczestników był całkowicie przypadkowy, a dokonał się za sprawą jednego rzutu trzech kulistych opakowań, zawierających figurki do samodzielnego złożenia. Oczywiście ludzie chwytający je, nie zostali uprzedzeni o fakcie jednoczesnej zgody na zadanie im pytań przez organizatorów. I oczywiście prawie nic nie wiedzieli, ale i tak dostali właściwe nagrody w postaci oryginalnych mang, których - itu cytat za prowadzącym ten konkurs: "nie można kupić w Polsce... znaczy można ale trzeba pojechać do Niemiec".:)) Nie pamiętam, co później robiłem, ale chyba coś robiłem :P (no tak... mam pisać to, co robiłem czy to, co się działo na konwencie?). Ze względu na wczesne zorientowanie się orgów, że nie ma kto przywieźć z Krakowa 3 odcinków Chobits[pl], zobaczyliśmy tylko 2 i to w języku wroga. :) Jak mówi Polskie przysłowie, które towarzyszy nam przez całe życie, co się odwlecze to nie uciecze, dane nam było zobaczyć O!MG! The Movie [PL]. Wstyd się przyznać, ale traciłem na nim przytomność, a raczej wizję bo fonię jakoś miałem przez cały czas. :P Seans skończył się około pierwszej w nocy, a ja postanowiłem się zdrzemnąć na ławeczkach na widowni. Nie były za wygodne, ale to lepsze niż spanie w pozycji siedząco-embrionalnej.

Nawet się nie spostrzegłem jak minęła nocka i nastał nowy dzień. Tak sobie siedząc i z daleka obserwując akcję jakiegoś filmu (nie wiem czy było to anime), popatrzyłem na ławkę zajmowaną przez Ravena, który też postanowił wyczołgać się ze śpiworka (tak dla pamięci - zabrać na następny konwent karimatkę i śpiworek). Moje zaskoczenie wzbudził fakt, że spod jego ławki, niczym żółw ninja z kanałów, wyczołgał się Logan :). Może na ziemi było wygodniej niż na tych krzywych dechach, wrzynających się w ciało (tia - nic na powiem, ale Logan znany jest jako jajocowy perwers ;PPP - dop. Arnie-sana)... moje biedne bioderka. :) Minęły chyba z 2 godziny, zanim się wszyscy rozbudzili. Nastała wreszcie (?) godzina ewakuacji z TM. O godzinie 8:35 opuściliśmy teren konwentu Sugoi Sakura I. I tyle z mojej strony, bo nie chce mi się dalej pisać - idę spać... [Doplanoc - dop. Taomi]



blog comments powered by Disqus